Fani przestali być tylko publicznością. Teraz współtworzą koncerty | Skvot — Szkoła dla kreatywnych
should_authorize_via_email
email.input_code tel.input_code
 
email.code_actual_for tel.code_actual_for
apply_exit_text
session_ended
to_homepage
SKVOT MAG

Fani przestali być tylko publicznością. Teraz współtworzą koncerty

Taylor Swift napisała jeden wers o bransoletkach przyjaźni. Resztę dopisali fani. Najciekawszym dziełem współczesnego artysty nie jest już setlista, tylko rama, którą wypełnia publiczność.

Fani przestali być tylko publicznością. Teraz współtworzą koncerty
card-photo

BASIA GRUBA

Redaktorka SKVOT MAG
27 lip 2026 Muzyka Artykuły

Kiedy Taylor Swift ruszała w „The Eras Tour”, w jednym z utworów z albumu „Midnights” padła mimochodem zachęta, by robić bransoletki przyjaźni. Nie było w tym planu na globalny fenomen. A jednak w ciągu kilku tygodni koraliki stały się nieoficjalnym paszportem trasy: fani wyplatali je tysiącami, wypisywali na nich tytuły piosenek i wewnętrzne żarty, a potem wymieniali się nimi z obcymi w kolejkach. Sama Swift przyznała później, że to publiczność uczyniła z bransoletek symbol tournée. Jeden wers był ziarnem. Cały rytuał wyhodowali ludzie.

To dobra soczewka na zjawisko, które definiuje dziś wielkie trasy koncertowe. Występ przestał być spektaklem jednej osoby, a stał się inscenizacją zbiorową, w której artysta dostarcza scenariusz, a fani – treść, znaczenia i całą infrastrukturę wokół. Warto prześledzić, jak dokładnie działa ten podział ról.

Czy rytuał koncertowy da się zaprojektować?

Tak, i coraz częściej dzieje się to z premedytacją. Zamiast czekać, aż fani sami coś wymyślą, część artystów podsuwa im gotowy scenariusz uczestnictwa: dress code, motyw przewodni, hasło. To przesuwa koncert z pokazu jednej gwiazdy w stronę wspólnej gry, w której publiczność dostaje rolę do zagrania jeszcze przed wejściem na halę.

Modelowym przykładem jest Beyoncé. Na czas trasy „Renaissance” poprosiła fanów, by z okazji jej wrześniowych urodzin ubrali się na srebrno – tak dosłownie, że w niektórych sklepach w Vancouver wykupiono chromowane ubrania. Efektem była zaplanowana z góry „ludzka kula dyskotekowa”: tysiące ludzi w jednej estetyce, kowbojskie kapelusze i cekiny jako zbiorowy obraz. Artystka nie zostawiła stylu przypadkowi, tylko wysłała fanom brief.

Jeszcze dalej poszła Chappell Roan. Dla poszczególnych miast trasy wyznaczyła osobne motywy przebrania i opublikowała moodboardy – od syrenek po „Pinky Pony Club” – zamieniając każdy koncert w tematyczną imprezę kostiumową czerpiącą z estetyki drag. To praktycznie reżyserowanie uczestnictwa: artystka projektuje nie tylko własny występ, ale i wygląd całej sali.

Fani przejmują scenariusz i piszą go dalej

Ciekawe zaczyna się w momencie, gdy rytuał przechodzi w ręce fanów, bo oni rzadko odtwarzają go wiernie. Bransoletkowy trend Swifties zlokalizował się kulturowo: w Meksyku fani zaczęli wypisywać na koralikach lokalne gry słowne w rodzaju „Taynochtitlan”, wplatając trasę we własny język. Trend urósł też w skali fizycznej – na stadionach witała gości gigantyczna dmuchana bransoletka, a producenci koralików korygowali stany magazynowe pod popyt.

Rytuał potrafi też oderwać się od twórcy i zacząć wędrować. Tak stało się z „mute challenge”, czyli momentem zbiorowej ciszy zapoczątkowanym na trasie Beyoncé: w jednym z utworów pada linijka o tym, że wszyscy mają zamilknąć, a publiczność bierze to dosłownie i na kilka sekund zamiera. Z pojedynczego numeru wyścig o najbardziej zdyscyplinowaną ciszę stał się przenośnym memem koncertowym, który podłapali kolejni artyści. Fani nie tylko wykonują rytuał – dopisują do niego zasady, etykietę i znaczenia, których nikt odgórnie nie ustalił.

Dlaczego fani przestają być publicznością?

Bo w najbardziej rozwiniętych fandomach zaczynają budować infrastrukturę, nie tylko stroje. Najlepiej widać to w k-popie, gdzie uczestnictwo przybrało formę zorganizowanej, rozproszonej pracy: fani projektują, koordynują i finansują całe kampanie wokół artysty, często bez jego udziału. Kibicowanie zamienia się w produkcję.

Wachlarz działań jest tu najszerszy. „Cup sleeve events” to spotkania w kawiarniach, gdzie przy zakupie napoju dostajesz opaskę na kubek z twarzą idola, a lokal na jeden dzień zmienia się w mini-sanktuarium z bannerami i gratisami. Fani zrzucają się na urodzinowe reklamy na stacjach metra i na Times Square, organizują „random dance plays” w parkach, a w tle prowadzą tłumaczenia, archiwizują dane o idolach i budują zespoły streamingowe. Okres promocji przypomina wtedy mini-wybory: harmonogram, cele, codzienne zadania. To już nie fani konsumujący treść, tylko współautorzy jej obiegu.

Kiedy rytuał wymyka się artyście

Współtworzenie bywa też kierunkiem odwrotnym: to fani zasiewają ziarno, a artysta dopiero potem je przygarnia. Fani Pitbulla zaczęli przebierać się za niego – łyse czepki, ciemne okulary, białe koszule, domalowana bródka – i urządzać flash moby przed halami. Sam raper długo tylko obserwował, aż w końcu podchwycił trend i zaczął przekuwać go w medialne wydarzenia, z próbą bicia rekordu Guinnessa włącznie. Rytuał narodził się oddolnie, a gwiazda dopisała się do niego jako współautor.

Utrata kontroli ma jednak swoją cenę. Rzucanie przedmiotami na scenę bywa dziś traktowane jako forma „uczestnictwa”, a skończyło się falą incydentów i debatą o bezpieczeństwie artystów – od jedzenia po telefony. A rytuał piór u Harry'ego Stylesa zostawił po sobie efekt uboczny, którego nikt nie zaprojektował: brytyjskie miasta budziły się po koncertach z tak zwaną „masakrą piór”, czyli ulicami zasłanymi resztkami boa. Kiedy publiczność współtworzy wydarzenie, współtworzy również jego skutki.

Czy to naprawdę wynalazek pokolenia TikToka?

Nie. Impuls, by fani dokładali coś od siebie niezależnie od sceny, ma dekady – zmieniły się tylko narzędzia. Zanim powstały bransoletki Swifties, istniało „kandi”: koralikowe bransoletki z kultury rave, które fani wyplatali, rozdawali za darmo i wymieniali podczas specjalnego uścisku dłoni, w duchu hasła PLUR – peace, love, unity, respect.

Wcześniej Deadheadzi zbudowali wokół koncertów Grateful Dead całą równoległą gospodarkę: „Shakedown Street”, czyli parkingowe bazary z tie-dye, bootlegami i domowym jedzeniem, spajające objazdową społeczność. A fani Jimmy'ego Buffetta, Parrotheadzi, poszli o krok dalej i zinstytucjonalizowali swoją wspólnotę: kluby fanowskie mogły powstawać wyłącznie jako organizacje non-profit, a ich motto brzmi „party with a purpose”. Współtworzenie stało się tu wręcz formą organizacji społecznej. Tik-tokowe trendy to najnowszy rozdział tej samej historii, nie jej początek.

Co to mówi o kulturze?

Wspólnym mianownikiem tych wszystkich przykładów jest przesunięcie, które warto nazwać wprost: artysta coraz częściej dostarcza platformę i ramę, a fandom dostarcza treść. Prawdziwym „produktem” nie jest ani piosenka, ani bilet, tylko poczucie przynależności, które publiczność wytwarza sama, na marginesie koncertu. Muzyka bywa dziś pretekstem – pretekstem znakomitym, ale jednak pretekstem – do tego, by ludzie zrobili coś razem. Najsprytniejsi artyści już to wiedzą i zamiast tylko grać, projektują okazję.