Nowe Horyzonty 2026 zbliżają się wielkimi krokami, został do nich mniej niż tydzień, a już od ponad tygodnia znamy program tegorocznej edycji.
283 filmy (w tym 43 polskie).
92 kraje.
25697 minut do spędzenia we wrocławskich kinach.
Ale rzeczywistość nie wygląda tak pięknie. Choć o Nowych Horyzontach wiem praktycznie od zawsze (spróbuj być kinomanem i nie wiedzieć!), a często też oglądam filmy na ich VOD, bo ich selekcja jest nader wyjątkowa, to tegoroczna edycja będzie moją pierwszą jako widzka. Dlatego też badam grunt ostrożnie i zdecydowałam się TYLKO na 6-dniową akredytację (czego już zdążyłam pożałować). Podczas tych 6 dni mogę obejrzeć maksymalnie 30 filmów (harmonogram pozwala na zobaczenie 5 filmów dziennie), ale wiadomo, są filmy, które MUSZĘ zobaczyć, są takie, które super byłoby zobaczyć, a na pewno będą też takie, które zostaną wybrane na ostatnią chwilę, jedynie z powodu wolnych miejsc.
Muszę się jednak Wam do czegoś przyznać. Skłamałam, i to na samym początku, w tytule. Moja selekcja nie jest w żadnym stopniu wyborem obiektywnym. To filmy, które JA chcę, a czasami i muszę zobaczyć oraz te, które MNIE szczególnie zainteresowały. Dlatego jeżeli interesuje Was również subiektywna selekcja, w której nie obiecuję, że nie znajdą się dziwne, a czasami i kontrowersyjne wybory, to zapraszam do sprawdzenia poniższej listy.
1. Fjord (reż. Cristian Mungiu)
Najmniej kontrowersyjny wybór na tej liście. Film, którego jestem najmniej pewna, że uda mi się wklikać na jakikolwiek seans, bo bilety w sprzedaży zniknęły w sekundy (szybciej niż na koncert Dawida Podsiadły), a jednocześnie najbardziej pewna, że chcę go zobaczyć.
Tegoroczny zwycięzca Złotej Palmy na festiwalu w Cannes z nominowaną do Oscara Renate Reinsve i Sebastianem Stanem. Film śledzi historię konserwatywnej rodziny, która przenosi się z Rumunii do Norwegii, a zasady panujące w ich domu oraz sposób wychowania dzieci szybko stają się przedmiotem publicznej dyskusji.
Czy to może być pewnik do przyszłorocznych Oscarów?
2. Daleko od brzegu (reż. Lance Hammer)
Kiedy tylko rozpoznałam Juliette Binoche na jednym z kadrów, nawet bez czytania opisu fabuły wiedziałam, że będzie to jeden z filmów, które muszę zobaczyć.
18 lat po swoim debiucie Lance Hammer wraca z poruszającym obrazem, który podejmuje bardzo podstawowe, ale nadal niejednoznaczne tematy, takie jak: godność człowieka wobec postępującej choroby, prawo do decydowania o sobie, a także moralność, miłość i relacje rodzinne.
Czuję, że na ten seans będę potrzebować więcej niż jednego opakowania chusteczek.
3. Niespodziewane (reż. Ryûsuke Hamaguchi)
To jeden z filmów z kategorii „chciałabym, ale się boję”. Nie dlatego, że jest to horror (choć niektórzy pewnie tak określiliby ten film), lecz za sprawą Ryûsuke “czym jest wersja reżyserska?” Hamaguchi.
Tego nominowanego do Oscara! reżysera znam przede wszystkim z jego nominowanego do Oscara! filmu „Drive My Car”, który był wyzwaniem siedząc wygodnie w komforcie własnego mieszkania. „Niespodziewane” to kolejny przykład kunsztu twórcy, którego nie obowiązują żadne ograniczenia czasowe. Przed nami 3 godziny i 16 minut odkrywania relacji szefowej domu opieki oraz reżyserki teatralnej, które połączy podobne podejście do ludzi.
To kolejny na tej liście film nagrodzony w Cannes, tym razem dla aktorek, dlatego tym bardziej kusi, aby mimo obaw, ponownie zaufać reżyserowi Hamaguchiemu.
4. Flesh and Fuel (reż. Pierre Le Gall)
Otwarcie przyznaję, że ten film znalazłam przez przypadek, planując swoje seanse z widoku kalendarza. Ale widocznie tak musiało być, bo opis fabuły poruszył mnie „od pierwszego wejrzenia”.
„Flesh and Fuel” to historia dwóch kierowców ciężarówek Étienne’a i Bartosza ze skrajnie odmiennym podejściem do swojej pracy, którzy znajdują zrozumienie i miłość tam, gdzie najmniej by się tego spodziewali. Film ukazuje próby odnalezienia stałości w tymczasowości i bliskości w rzeczywistości, która wręcz zmusza do samotności.

5. Najsamotniejszy człowiek w mieście (reż. Tizza Covi, Rainer Frimmel)
Wybrane przeze mnie filmy, kompletnie przypadkiem, a wręcz całkowicie intuicyjnie, mocno stoją kreacjami bohaterów, a „Najsamotniejszy człowiek w mieście” nie jest wyjątkiem.
W tym quasi-dokumentalnym filmie poznajemy historię indywidualisty Ala, który jest całkowicie zamknięty w swoim małym świecie: nosi skórzaną kurtkę niczym Elvis, śpiewa i gra na gitarza (niczym Elvis!), ma marzenia, których nie planuje spełnić, a Wiedeń uznaje za zaściankowy. Gdy okazuje się ostatnim mieszkańcem przeznaczonej do rozbiórki kamienicy, decyduje się na wyprzedaż dobytku, która może się okazać startem nowego rozdziału w jego życiu.
6. Ktoś we mnie (reż. Arthur Harari)
Połączenie Arthura Harariego (współtwórcy scenariusza do „Anatomii upadku”), kafkowskiego labiryntu tożsamości i inspiracji powieścią graficzną to przepis na sukces.
Zamiana ciał nie jest nowym motywem w kulturze, ale wciąż nie przestaje mnie on interesować. Dlatego też myślę, że „Ktoś we mnie” to coś stworzonego specjalnie dla takich widzów i fanów kina jak ja. Film opowiada historię Davida, który zostaje wyciągnięty przez przyjaciół na imprezę (a czy to może kiedyś skończyć się dobrze?). Po serii złych wyborów zaczyna śledzić Evę (w tej roli Léa Seydoux), ich spotkanie kończy się namiętnymi chwilami, aż rano David budzi się jako Eva.
Film to historia poszukiwania i kryzysu tożsamości, której wartość zostaje poddana próbie, bo ile tak naprawdę warte jest coś, co można tak łatwo stracić?
7. Róża z Nevady (reż. Mark Jenkin)
W ten film kliknęłam dla George’a MacKaya, którego karierę śledzę uważniej od filmu „1917” (i nie mogę się go doczekać jako Edwarda w najnowszej ekranizacji „Rozważnej i romantycznej”). Za to dodałam ten film na listę „do obejrzenia” ze względu na intrygującą fabułę.
Statek Rose of Nevada powraca po 30 latach od zaginięcia. W pogoni za lepszym życiem zaciągają się na niego Nick i Liam, którzy wbrew własnej woli zostają wciągnięci w pełną niepokoju, hipnotyczną podróż w czasie.
Ciekawostka dla fanów technologii filmowej: film został zarejestrowany na taśmie 16 mm (standardowa i najpopularniejsza to 35 mm), kamerą Bolex, a cała warstwa dźwiękowa powstała w postprodukcji.
8. Czarna godzina (reż. Filip Bojarski)
Nieustannie przyciągają mnie debiuty młodych, polskich twórców, a to jest jeden z nich.
Filip Bojarski opowiada historię Ady i Ewy, zakochanych w sobie nauczycielek, w której przejrzeć może się każdy człowiek, nawigujący dorosłość w obliczu problemów teraźniejszości. Film stara się odpowiedzieć na pytanie, czy w walce o przetrwanie i zaspokojenie podstawowych potrzeb, można pozwolić sobie jeszcze na marzenia.

9. Dwie pory roku, dwoje nieznajomych (reż. Shô Miyake)
Od 2019 roku, kiedy to film „Parasite” całkowicie zmienił mój sposób patrzenia na filmy i przewartościował moją listę ulubieńców, moje serce zdobyło również kino azjatyckie, stąd też już drugi taki film na tej liście.
Filmy azjatyckie zawsze urzekają mnie swoimi niebanalnymi i niecodziennymi fabułami, które zawsze stanowią miłą odskocznie od powtarzalnego kina amerykańskiego. Podczas gdy kino zachodnie śmieje mi się w twarz i postanawia tłumaczyć każdy element jak dziecku, kino azjatyckie szanuje mnie jako inteligentnego widza i wierzy, że poradzę sobie ze wszystkim, z czym przyjdzie mi się zmierzyć na ekranie.
Takie przeczucie mam również, jeśli chodzi o „Dwie pory roku, dwoje nieznajomych”, historię relacji międzyludzkich z szalonym twistem i fikcją mieszającą się z wątkami autobiograficznymi.
10. Hot Spot (reż. Agnieszka Smoczyńska)
Na sam koniec zostawiłam film, który jest powodem mojego ubolewania nad jedynie 6-dniową akredytacją, przez którą ominie mnie zakończenie festiwalu.
Najnowszy film Agnieszki Smoczyńskiej to tegoroczny film zamknięcia, wyświetlany jedynie w dwa ostatnie dni Nowych Horyzontów. Na szczęście premiera zapowiedziana jest już na koniec sierpnia, dlatego nie przyjdzie mi długo czekać, aby zobaczyć ten film.
Dlaczego tak bardzo czekam na „Hot Spot”? Powodów jest wiele. Po pierwsze: futurystyczny thriller science-fiction z rodzimego podwórka to coś, czego nie można przegapić. Po drugie: Andrzej Konopka, który moim zdaniem jest obecnie prawdopodobnie najlepszym polskim aktorem i chętnie bym się o to pokłóciła. Po trzecie i (na pewno nie) ostatnie: nie tylko Andrzej Konopka, a fantastyczna, międzynarodowa obsada, w tym Noomi Rapace i Reika Kirishima.
