Wywiad z Zuzą Solakiewicz, reżyserką, scenarzystką i montażystką filmów dokumentalnych | Skvot — Szkoła dla kreatywnych
should_authorize_via_email
email.input_code tel.input_code
 
email.code_actual_for tel.code_actual_for
apply_exit_text
session_ended
to_homepage
SKVOT MAG

Zapomnij, że cokolwiek wiesz

To najważniejsza lekcja, jaką dokument daje twórcom i widzom. O świeżym spojrzeniu, uważności, empatii, przyzwoitości i opowiadaniu świata bez gotowych odpowiedzi rozmawiamy z reżyserką, scenarzystką i montażystką filmów dokumentalnych – Zuzą Solakiewicz.

Zapomnij, że cokolwiek wiesz
card-photo

Natalia Roś

Dziennikarka SKVOT MAG

2 lip 2026 Film Artykuły

Jej filmy były pokazywane i nagradzane na najważniejszych festiwalach świata – od IDFA i Locarno po SXSW, DOK Leipzig i Millennium Docs Against Gravity. Zuza Solakiewicz, prowadząca kurs Film dokumentalny, od lat udowadnia, że dokument może być jednocześnie wnikliwą obserwacją rzeczywistości i wyrazistą wypowiedzią artystyczną. W naszej rozmowie opowiada o tym, dlaczego obiektywność w kinie jest mitem, czego dokument może nauczyć nas o świecie oraz dlaczego ciekawość jest najważniejszym narzędziem każdego twórcy.

Żyjemy w czasach, w których wiele osób szuka raczej ukojenia niż trudnych tematów. Jaką rolę może dziś pełnić film dokumentalny – konfrontować, tłumaczyć rzeczywistość czy może dawać przestrzeń do jej spokojniejszego przeżywania?

Myślę, że z filmem dokumentalnym jest tak, że dopóki nie wejdziemy do tej rzeki, wydaje nam się, że jest on jakiś określony. A tak naprawdę jest wszystkim po trochu. We współczesnym kinie dokumentalnym możemy znaleźć bardzo wiele różnych form i funkcji. Są filmy, które służą ukojeniu, jak na przykład Pieśni lasu – seans wręcz sensoryczny, skierowany do ludzi z miasta, którzy przychodzą z tego zgiełku i chcą odpocząć. Z drugiej strony mamy niezwykle zaangażowane politycznie kino, które dziś komentuje rzeczywistość niemal na bieżąco, podejmując temat aktualnych konfliktów. Wcześniej w kinie dokumentalnym zdarzało się to rzadziej – częściej patrzyliśmy na wydarzenia z dystansu, oddzieleni od nich czasem lub przestrzenią.

Jesteśmy dziś przeładowani informacjami, bodźcami, opiniami. Tymczasem film dokumentalny pozwala nam usiąść i zanurzyć się – w szybszym lub wolniejszym tempie, w takiej lub innej estetyce – w pewnego rodzaju doświadczenie.

Z jednej strony uciekamy w rozrywkę i krótkie treści, z drugiej, tysiące osób spędzają godziny na festiwalach filmowych. Jak Pani odczytuje ten fenomen?

Wydaje mi się, że jest w tym coś podobnego do dobrej zabawy tanecznej: szybki, szybki, wolny, wolny. Jako ludzie po prostu lubimy różnorodność. To, że na co dzień nasza uwaga skupia się na rolkach, scrollowaniu i szybkich informacjach, nie oznacza, że tracimy zdolność przeżywania czegoś głębiej czy wolniej. To są trochę apokaliptyczne strachy naszych czasów. W ostatnich latach bardzo obawiamy się tego, dokąd zmierzamy jako ludzkość.

Być może właśnie dlatego rośnie zainteresowanie kinem dokumentalnym. Ono pozwala nam, poprzez czas, który mu poświęcamy, diagnozować rzeczywistość i lepiej rozumieć własny punkt widzenia. Nie dlatego, że nasyca nas faktami, ale dlatego, że jest subiektywne. Kiedy doświadczam subiektywnej perspektywy twórcy czy twórczyni, mogę się od niej odbić. Dostaję punkt odniesienia, który jestem w stanie odebrać, ocenić i skonfrontować z własnym spojrzeniem na świat.

Sprawdź szczegóły kursu

To zupełnie inny rodzaj doświadczenia niż szybkie formy, po które sięgamy między seansami czy w codziennych przerwach. Oczywiście to często dzieje się równolegle – między jednym filmem a drugim sprawdzamy coś w telefonie, scrollujemy, konsumujemy krótkie treści. Taki jest dziś nasz sposób percepcji. Nie oznacza to jednak, że tracimy zdolność uczestniczenia w innych rytmach, innych estetykach czy bardziej wymagających propozycjach artystycznych. Wręcz przeciwnie – wydaje się, że nadal bardzo ich potrzebujemy.

Jako twórczyni dokumentów obserwuje Pani rzeczywistość bardzo uważnie. Czy jest jakiś temat lub zjawisko społeczne, które szczególnie domaga się dziś opowiedzenia?

Tak, jest taki temat. Dotyczy roli kobiet w życiu publicznym i tego, jak niewielka jest ich reprezentacja na najważniejszych stanowiskach decyzyjnych. Mam poczucie, że to jedna z tych sytuacji, w których „król jest nagi". Z jednej strony żyjemy w świecie, który dużo mówi o równouprawnieniu, możliwościach i równości szans. Z drugiej strony wystarczy zadać sobie kilka prostych pytań: ile mamy prezydentek, ile premierek, ile osób identyfikujących się jako kobiety na najwyższych szczeblach władzy i biznesu? Wciąż jest ich bardzo niewiele.

To zjawisko jest o tyle ciekawe, że wydaje się oczywiste, a jednocześnie rzadko staje się przedmiotem pogłębionej refleksji. W debacie publicznej często skupiamy się na bardziej spektakularnych tematach, podczas gdy ten problem nadal realnie wpływa na sposób funkcjonowania naszych społeczeństw. Zresztą jest to również temat filmu, nad którym pracuję od trzech lat. Obecnie jesteśmy w trakcie zdjęć.

Chciałabym, żeby ten film stał się moim głosem w tej ważnej społecznej rozmowie.

Na socjologii uczono mnie, że badacz powinien obserwować rzeczywistość, a nie w nią ingerować. Im dłużej jednak rozmawia się z ludźmi i towarzyszy im w ważnych momentach, tym trudniej zachować taki dystans. Czy w filmie dokumentalnym da się być tylko obserwatorem? Gdzie przebiega granica, której twórca nie powinien przekraczać?

Motyw bycia „muchą na ścianie" zawsze mnie trochę bawił, bo wiemy już i mamy to potwierdzone naukowo, że obserwator zmienia rzeczywistość. Nie tylko w świecie ludzkim, ale w ogóle w świecie. Pogląd, że nie ingerujemy, można włożyć między bajki. To raczej pewnego rodzaju życzeniowe założenie, że dałoby się być niewidzialnym. Ja osobiście nawet nie chciałabym tak pracować, bo nie lubię oglądać świata jak w terrarium – jakbym była tylko podglądaczką, której „nie ma".

 

Wtedy równie dobrze mógłby po prostu przejechać samochód z kamerą i zarejestrować rzeczywistość w 360 stopniach. Subiektywność i obecność twórcy są więc kluczowe, nawet jeśli ta obecność nie zawsze jest wprost wypowiedziana, bo nawet kiedy milczymy, jesteśmy obecni, co zresztą widać w prostych sytuacjach: jeśli wchodzimy komuś do domu z kamerą, trudno udawać, że nas tam nie ma. Gdyby rzeczywiście to pokazać, należałoby odwrócić kamerę i zobaczyć reżysera, operatorkę, dźwiękowca. To pokazuje, że „brak obecności" jest iluzją.

Wchodząc w prywatną przestrzeń bohaterów, a to w dokumencie zdarza się często – trzeba pamiętać o elementarnej przyzwoitości. Jak mówił świętej pamięci Stanisław Janicki: jeśli jest się u kogoś w domu, trzeba się zachowywać przyzwoicie. Ta prosta zasada dobrze porządkuje myślenie o relacji w filmie. Ja traktuję tę relację jako osobną kategorię. Ona zawsze powstaje, szczególnie gdy zdjęcia trwają długo i dotyczą spraw ważnych, często trudnych. Wtedy nie da się mówić o dystansie w klasycznym sensie, bo uczestniczy się w cudzym doświadczeniu. Dlatego nie nazwałabym tego przyjaźnią. To raczej osobna relacja, która ma swoje zasady, przyjemności i niewygody. I różni się od przyjaźni choćby tym, że jest ograniczona w czasie – film się kończy, a wraz z nim ta intensywna obecność w życiu bohaterów. Oczywiście często pozostaje kontakt, ale sama relacja ma swój wyraźny kres. Umiejętność uczciwego zakomunikowania tego od początku i prowadzenia tej relacji w sposób świadomy – bez udawania, że to przyjaźń – jest jedną z najważniejszych kompetencji w kinie dokumentalnym. I myślę, że ćwiczy się ją właściwie całe życie.

Coraz częściej mówi się, że dokument nie musi być obiektywny, ale powinien być uczciwy. Jak Pani rozumie tę różnicę?

Film nie może być obiektywny, jeśli ma być autorskim, artystycznym filmem dokumentalnym. Film wręcz ma obowiązek być subiektywny. Ta perspektywa – moje subiektywne spojrzenie – musi być jasna i widoczna dla odbiorcy. Uczciwość polega właśnie na tym, że mówię: starałam się jak najrzetelniej zrozumieć, przeżyć i pokazać tę rzeczywistość i tak ją widzę. To jest subiektywność uczciwa. Nie ukrywam, że to jest moje spojrzenie na rzeczywistość, choć jednocześnie oczywiście staram się i wierzę w to głęboko, żeby jak najlepiej widzieć świat. Jako dokumentaliści mamy też pewne narzędzia, które pozwalają nam weryfikować własne przekonania i powinniśmy je stosować w pracy. Czasem twórcy kierują się określoną wrażliwością społeczną, ale dokument nie jest ani propagandą, ani narzędziem aktywizmu. Propaganda narzuca odbiorcy konkretną wizję świata, a aktywizm przekonuje do określonej sprawy lub działania. Dokument przede wszystkim pokazuje złożoność rzeczywistości i zostawia widzowi przestrzeń do własnej interpretacji.

Całkiem niedawno skończył się festiwal Millennium Docs Against Gravity. Czy były wśród filmów dokumenty, które szczególnie zapadły Pani w pamięć ze względu na sposób opowiadania lub perspektywę?

Millennium Docs Against Gravity, podobnie jak inne festiwale dokumentalne w Polsce, to zawsze wielka uczta różnorodności. Towarzyszy jej też nieodłączne poczucie, że na pewno nie obejrzało się wszystkiego, co najważniejsze, i że można było zobaczyć jeszcze kilkanaście innych filmów. I to jest właśnie wspaniałe.

Byłam na premierowym pokazie filmu Kandydaci śmierci Macieja Cuske. To film, który szczególnie zapadł mi w pamięć. Przede wszystkim dlatego, że jest autorski i niepodrabialny. Taki, który mógł powstać tylko w rękach konkretnego twórcy. 

Maciej Cuske bierze na warsztat bardzo współczesny temat – relację między rodzicami a dziećmi, dorastanie, ojcostwo. Punktem wyjścia są jego własne doświadczenia związane z wychowywaniem syna i obserwowaniem jego świata. Z tej historii powstaje jednak opowieść znacznie szersza – egzystencjalna, a przy tym niezwykle zabawna. To film, przy którym można szczerze się śmiać, pełen autoironii i dystansu do samego siebie. Jednocześnie to, co wydaje mi się w nim najbardziej wyjątkowe, to sposób, w jaki łączy bardzo współczesną perspektywę z językiem klasycznego polskiego dokumentu. Widać tam inspiracje Polską Szkołą Dokumentu i dawnymi mistrzami gatunku – w montażu, sposobie obserwacji czy budowaniu bliskości z bohaterami. Szczególnie interesujące jest to, że reżyser obserwuje własnego syna i jego przyjaciół na przestrzeni wielu lat. To sytuacja, w której bardzo łatwo byłoby przekroczyć granice – dostęp do bohaterów jest przecież niemal nieograniczony. A jednak film zachowuje równowagę między bliskością a szacunkiem, między intymnością a dystansem.

Co najczęściej zaskakuje osoby, które chcą zacząć tworzyć filmy dokumentalne? Jakie wyobrażenie o tej pracy najczęściej zderza się z rzeczywistością? Jakie przekonanie o filmie dokumentalnym najczęściej trzeba „oduczyć" u osób stawiających pierwsze kroki w tym gatunku?

Najczęściej trzeba oduczyć się przekonania, że zadaniem twórcy dokumentu jest wszystko wyjaśnić. Początkujący filmowcy bardzo często mają potrzebę przekazania widzowi jak największej ilości informacji, zaprojektowania jego doświadczenia od początku do końca i dopowiedzenia każdego elementu historii. Tymczasem bardzo wiele rzeczy w filmie rozgrywa się właśnie w tym, czego nie pokazujemy, co pomijamy i zostawiamy między obrazami. 

Na początku często zachowujemy się trochę jak nadopiekuńczy rodzice. Chcemy dokładnie poinstruować odbiorcę, jak ma rozumieć to, co pokazujemy. W gruncie rzeczy wynika to z braku zaufania do widza. A przecież nie trzeba wszystkiego tłumaczyć od początku do końca. Nie trzeba każdego znaczenia przybijać gwoździami. I to jest pierwsza rzecz, o której warto zapomnieć, jeśli chce się robić filmy dokumentalne.

Druga brzmi: zapomnij, że cokolwiek wiesz. Otwórz się na świat i ucz się patrzeć na niego świeżym spojrzeniem. Dokument wymaga nieustannej ciekawości. Trzeba pielęgnować w sobie zdolność dostrzegania rzeczy na nowo, nawet jeśli od miesięcy pracuje się z tym samym bohaterem czy bohaterką. Nie przyjeżdżamy przecież na kolejne zdjęcia po to, żeby nakręcić to samo. Często w życiu bohaterów nie dzieją się spektakularne wydarzenia. Mija miesiąc i pozornie wszystko wygląda tak samo. Jeśli jednak zachowujemy uważność, potrafimy dostrzec zmianę, emocję, szczegół, który wcześniej był niewidoczny.

Dokumentalistka czy dokumentalista nie może zakładać, że już wszystko rozumie. Musi pozostać ciekawy sytuacji, ludzi i świata. Kiedy ta ciekawość znika, kończy się również możliwość dalszego opowiadania. I co ważne – to nie jest coś, co osiąga się raz na zawsze. Zdarza się zmęczenie, znużenie, przytępienie obserwacji. Wszystkie błędy się zdarzają. Każdy kolejny film jest więc powrotem do początku i ponowną nauką patrzenia. Mój tata mawiał, że pływanie różni się od jazdy na nartach tym, że gdy raz nauczymy się utrzymywać na wodzie, już tego nie zapominamy. Na nartach natomiast trzeba ćwiczyć co sezon od nowa. Z filmem dokumentalnym jest właśnie jak z jazdą na nartach – każdy film jest nowym początkiem i nie ma tu drogi na skróty. To ciągłe uczenie się świata od zera.