Od 1925 roku otrzymaliśmy ponad 30 różnych ekranizacji romansów autorstwa Jane Austen, które mniej lub bardziej trzymały się swoich pierwowzorów. Od klasyków BBC po unowocześnione wersje prosto z Netflixa – każde pokolenie ma swoją Elizabeth Bennet. Jednak twórców nie inspiruje jedynie „Duma i uprzedzenie”. Równie często ekranizowane są „Rozważna i romantyczna”, „Emma” czy „Perswazje”.
Na fali doniesień z planów najnowszych ekranizacji „Dumy i uprzedzenia” oraz „Rozważnej i romantycznej” zastanawiamy się, ile sensu jest w kolejnych remake’ach i czy uniwersalność historii Austen ma swoją datę przydatności.
Słowo o Austen-manii
Jane Austen to nie tylko autorka XIX-wiecznej literatury – to globalna marka, której rozpoznawalność wykracza daleko poza karty powieści. Jej nazwisko działa jak kod kulturowy: przyciąga widzów, sprzedaje bilety i generuje kolejne fale zainteresowania literaturą epoki. Jak pokazuje BFI, ekranizacje Austen tworzą wręcz osobny podgatunek filmowy, w którym znajdziemy zarówno wierne adaptacje, jak i wariacje gatunkowe. To nie przypadek – Austen stała się synonimem kostiumowego romansu, a jednocześnie punktem wyjścia do niezliczonych eksperymentów.

Austen-mania to więcej niż moda – to powtarzający się cykl odświeżania klasyki, w którym każde pokolenie domaga się własnej wersji. Dla jednych to dowód, że jej opowieści są absolutnie uniwersalne: pełne ironii, konfliktów społecznych i dylematów, które pozostają aktualne. Dla innych – jak pisze The Times – to przejaw kulturowej nadprodukcji, w której Austen staje się marką eksploatowaną tak samo jak superbohaterowie Marvela.
Dlaczego wciąż wracamy do Jane?
Jednym z głównych powodów niekończących się adaptacji jest uniwersalność tematów, które poruszała Jane Austen. Jej powieści, choć mocno zakorzenione w realiach XIX-wiecznej Anglii, opowiadają o emocjach i konfliktach, które pozostają żywe niezależnie od epoki: o miłości i dumie, o presji społecznej i finansowej, o rodzinnych napięciach i potrzebie samorealizacji.
Jak zauważa RTÉ, adaptacje Austen pełnią funkcję kulturowego lustra: odzwierciedlają wrażliwość czasów, w których powstają. Wersja „Dumy i uprzedzenia” BBC z 1995 roku uchodzi za kwintesencję „heritage drama” – nostalgicznego spojrzenia na angielskość. Z kolei Netflixowe „Perswazje” z 2022 roku próbowały nawiązać językiem do współczesnych odbiorców, używając ironii i złamania czwartej ściany.

Entuzjaści nowych ekranizacji podkreślają również ich rolę w poszerzaniu reprezentacji i odczytywaniu Austen z nowych perspektyw. W artykule w Adaptation (Oxford Academic) zwraca się uwagę na queerowe i feministyczne reinterpretacje, które przesuwają akcenty w dobrze znanych fabułach i pozwalają spojrzeć na nie świeżym okiem. Takie eksperymenty dowodzą, że literatura klasyczna nie jest martwym zabytkiem, lecz materiałem do dialogu z nowymi grupami odbiorców.
Co przemawia przeciw?
Choć Jane Austen bywa określana „Shakespeare’em romansów”, nie brakuje głosów, że jej dzieła stały się ofiarą własnej popularności. Richard Morrison w The Times pisze, że każde nowe podejście coraz mniej przypomina artystyczną reinterpretację, a coraz bardziej marketingowy recykling sprawdzonej marki.
Do podobnych wniosków dochodzi Sophie Harrison w The Oxford Student, pisząc, że zapowiedź kolejnych adaptacji budzi mieszane uczucia: ekscytację u wiernych fanów, ale i rosnące znużenie powtarzalnością. Jej zdaniem przesyt sprawia, że nawet dobre produkcje mogą zostać przyjęte chłodno, bo widzowie oczekują od Austen czegoś więcej niż wciąż tej samej gry spojrzeń i konwenansów.
Krytyczne spojrzenie prezentuje także Emma Brockes na łamach The Guardian. Zwraca uwagę, że kolejne adaptacje często utrwalają XIX-wieczny schemat: małżeństwo jako jedyny cel i nagroda w życiu kobiety. Dla współczesnych odbiorców – zwłaszcza dla kobiet i społeczności LGBTQ+ – taka narracja bywa nie tylko przestarzała, ale wręcz opresyjna. Adaptacje, zamiast otwierać nowe perspektywy, powtarzają konserwatywne wzorce.
Austen na nowo – czy to możliwe?
Odpowiedź na pytanie, czy potrzebujemy kolejnych adaptacji Austen, często sprowadza się do jakości i odwagi twórców. Przykłady takie jak „Clueless” (1995) czy „Bridget Jones’s Diary” (2001) pokazują, że przeniesienie fabuł Austen w całkowicie nowe realia może otworzyć je na zupełnie inną publiczność. Obie produkcje uznano za kultowe właśnie dlatego, że nie były kalką, lecz reinterpretacją – zachowały ironię i strukturę powieści, jednocześnie wpisując je w język współczesnych komedii romantycznych.
Z drugiej strony, nieudane próby dowodzą, że samo „odświeżenie” Austen nie wystarczy. Netflixowe „Perswazje” spotkały się z krytyką za zbyt nachalne „uwspółcześnienie” bohaterów – ich współczesne riposty i złamanie czwartej ściany odebrano jako tanie kokietowanie młodej widowni, a nie autentyczny dialog z klasyką. To przykład, jak cienka jest granica między twórczą reinterpretacją a spłyceniem literatury.

Nowe podejścia mogą jednak otworzyć Austen także na inne głosy i perspektywy. Badacze podkreślają rosnące znaczenie queerowych i feministycznych odczytań, gdzie Austen przestaje być jedynie kronikarką małżeńskich gier, a staje się punktem odniesienia do rozmowy o gender, seksualności i emancypacji.
Jednak Jane Austen wciąż jest „produktem”, który łatwo dostosować do trendów, jak pokazuje przykład nowych wydań powieści z pastelowymi okładkami projektowanymi pod użytkowników TikToka. Pytanie brzmi, czy takie działania wnoszą coś do jej dziedzictwa, czy tylko sprzedają je w nowym opakowaniu.
Być może więc nie chodzi o to, czy potrzebujemy kolejnej Elizabeth Bennet, ale czy odważymy się pokazać ją w sposób naprawdę nowy – zrywający z utartymi schematami, a jednocześnie wierny duchowi ironii i przenikliwości samej autorki.