Czy wena to luksus, na który nie każdy może sobie pozwolić? A może codzienna dyscyplina zabija spontaniczność? Patrząc na to, jak pracują znani pisarze, ilustratorzy i projektanci, można odnieść wrażenie, że prawdziwe życie twórcze to nieustanny balans między rygorem a czekaniem na impuls.
Z jednej strony mamy twórców takich jak Filip Springer czy Jakub Żulczyk, którzy codziennie siadają przy biurku do komputera i piszą bez czekania na wenę. Z drugiej, Jacka Dehnela czy Joannę Bator, którzy ufają intuicji i wewnętrznym oraz zewnętrznym impulsom, które pozwalają historii płynąć i nie podporządkowywać się sztywnym godzinom pracy. Są też tacy, jak Agata Nowicka, którzy łączą codzienną pracę z nieustannym szukaniem inspiracji, wyznaczając sobie krótkie listy zadań. Jak więc pracować, z planem czy na emocjach? A może najważniejsze, aby mieć ten swój własny, wyjątkowy rytm pracy, który pozwoli pracować, ale pracować z pasją? Agata Napiórska w książce pt. „Jak oni pracują” rozmawia ze znanymi i cenionymi polskimi twórcami i pyta ich o rytuały, dyscyplinę i wenę.

Na Michała Rusinka, literaturoznawcę, tłumacza i pisarza, deadline’y nie działają. Jest w stanie przekonać wydawców do ich przesunięcia, w końcu zawodowo zajmuje się retoryką. Wstaje koło ósmej, ale jeśli nie musi, lubi spać do dziesiątej. Rano nie jest w stanie zrobić nic twórczego. Jak sam mówi, mógłby co najwyżej rąbać drwa. Pisać może po obiedzie, chociaż najlepiej pisze mu się wieczorem i w nocy – między dziesiątą a drugą. Wtedy najszybciej pracuje. Sam twierdzi:
Jestem zdyscyplinowany, sam sobie ustawiam deadline'y, ile stron muszę napisać albo przetłumaczyć i do kiedy.
Bohdan Butenko, jeden z najwybitniejszych polskich grafików i ilustratorów, zawsze trzymał się czterech zasad.
- → Zasada #1: kładł się spać najwcześniej dziesięć minut przed pierwszą. O tej godzinie się urodził i, jak sam mówił, tak to widać musi być.
- → Zasada #2: nad czarno-białymi ilustracjami pracował wieczorem, a nad kolorowymi rano, gdy było dobre światło.
- → Zasada #3: telefon odbierał jedynie w ściśle określonych godzinach: między dwunastą a czternastą. Przez resztę dnia miał wyłączony telefon. To oznaczało, że odbierał telefony jedynie wtedy, gdy nie pracował. Mówił: Po odebraniu takiego telefonu muszę wrócić, cofnąć się i zacząć pracę niejako od początku.
- → Zasada #4: nie pracował równolegle nad kilkoma rzeczami. Inaczej nie potrafiłby pracować.

Na pytanie, w jaki sposób powstają jego teksty filozoficzne i publicystyczne Jan Hartman, filozof i bioetyk odpowiedział:
Zmuszam się do napisania pięciu zdań, potem przeskakuję do czytania powieści, dziesięć minut siedzę na Facebooku. Jestem niezdolny do trwałego głębokiego skupienia, pracuję w nim przez pół godziny. Pewnie dlatego, że jak już coś wymyślę i stworzę w głowie, nienaturalnym wydaje mi się spisywanie tego.
Najbardziej produktywny jest między dwudziestą drugą a pierwszą. Siedzi przy komputerze pięć-sześć godzin dziennie. Z tego połowę zajmuje mu czytanie gazet i tak zwane surfowanie. Pracy zostaje mu trzy godziny. Jest w stanie napisać dwie-trzy strony maszynopisu. Jak sam szacuje, w perspektywie całożyciowej wychodzi półtorej strony dziennie.
Jacek Dehnel, poeta, prozaik, tłumacz i malarz mówi wprost:
Wiem, że istnieją artyści i pisarze, siadający do pracy o ósmej rano, kończący o piątej po południu, z godzinną przerwą na obiad, ale ja nie mam do tego predyspozycji. Najlepiej pisze mi się wieczorami i nocą, ale jeśli zbliżają się terminy, siadam do biurka rano i klepię w klawiaturę, aż zacznę zasypiać. Nie uznaję weekendów, dni świętych nie święcę. Jako freelancer nie tylko nie mam pracy etatowej od-do, ale również przyjmuję rozmaite zaproszenia i zlecenia. Wszystko to są rzeczy związane z pracą (wykłady, sesje fotograficzne, spotkania autorskie, premiery książek), nie wyobrażam sobie tego w jakichkolwiek regularnych ramach czasowych. Piszę więc i tłumaczę, kiedy akurat jest czas, często w podróży. Regularna praca to tylko wyjazdy do tzw. domów pracy twórczej na całym świecie. Tam odcięty od wszystkiego, faktycznie wprowadzam pewną regularność: wyznaczam sobie dniówkę i codziennie piłuję tekst. Dniówkę wyznacza limit znaków. Dziesięć tysięcy. Ale nawet w takich szczególnych okolicznościach, przy całkowitym zanurzeniu w tekst powieści, jest to praktycznie niewykonalne. Raz tylko udało mi się utrzymać takie tempo przez miesiąc.

Przemek Dębowski, grafik i wydawca, opowiada, że praca twórcza to jakieś pięć procent roboty. Tyle stanowi wymyślanie. A wiele pomysłów przychodzi mu do głowy podczas jazdy samochodem i pod prysznicem. Czasem też robi okładki bez pomysłu, co najczęściej wychodzi, jeśli ma się wyczucie typografii i estetyki. Bywa tak, że pomysł po prostu nie przychodzi. Rozgrzesza się, bo wie, ile już zrobił i ile mu wyszło. Jak sam powtarza: Nie każdy projekt musi być wielkim sukcesem. Zawsze mówi, że optymalnie byłoby tak, jak powiedział Einstein, że kreatywność jest osadem po bezczynności. Nuda więc jest ważna i niedoceniana. Dębowski mówi także, że nuda niesie za sobą negatywne konotacje. Ale problem w tym, że kiedy mam czas wolny, a mam go tak strasznie mało, stresuje się, że przecież powinien tę wolną godzinę wykorzystać na jakąś rozrywkę. Zamiast tego czyta.
Agata „Endo” Nowicka, ilustratorka i rysowniczka, opowiada o zasadzie trzech rzeczy:
Rano muszę mieć w głowie plan wykonania trzech rzeczy. To niewiele, więc trudniej się wymigać. A potem już idzie z górki. Prokrastynacja jest moją zmorą. Najtrudniejszy jest moment od nierobienia do robienia. Staram się przygotować krótkie listy rzeczy, żeby nie odkładać na później. Pracuję bardzo zadaniowo. Najpierw ustalam format, potem robię szkice, wysyłam do klienta. Nie znoszę się spóźniać z oddawaniem pracy, unikam uczucia bycia nie na czas. Ważne, żeby te trzy rzeczy zrobić jak najszybciej i mieć je z głowy. Wiem, że jeśli najważniejszych zadań nie wykonam do wtorku, będę się ślimaczyć do końca tygodnia i istnieje duże prawdopodobieństwo, że już ich nie zrobię. Trzeba mieć swoją własną listę, bo jeśli nie masz zaplanowanego dnia, ktoś zaplanuje go za ciebie.
Nauczyła się też nie tłumaczyć. Mówi: Nie jestem w stanie tego zrobić i tyle. Daje sobie do tego prawo. Zdarzyło się jej odmówić zrobienia ilustracji do New Yorkera i Die Welt, bo akurat miała wolne. Mówi, że bolało, ale świat się nie skończył, bo wrócili do mnie z kolejnymi zleceniami.

Pisarka Joanna Bator mówi wprost:
Pisanie to zawód i powołanie. To dar, wielki i kruchy dar. Trzeba być wyjątkowo nadętą osobą, żeby nie mieć w sobie lęku przed białą kartką. W przypadku trzech moich powieści było tak samo – uparte frazy w mojej głowie i rozwinięta z nich jak ze szpulki opowieść, która toczyła się bez oporu, od momentu, w którym napisałam pierwsze zdanie. Bez planu, bez konspektu, bez lęku, choć nie bez chwili zwątpienia i złości, które zdarzają się codziennie.
Jakub Żulczyk, pisarz, scenarzysta, felietonista, zapytany, czy zdarzają mu się chwile niemocy i braku weny odpowiedział:
Nie przypominam sobie, żebym czegoś nie zrobił, bo mi się nie chciało. Gdy już się sprężę, wezmę rozbieg, zjem kaszę, wypiję kawę, wezmę prysznic, zrobię parę pompek i przeczytam internet, to wtedy po prostu pracuję. Gdy mam gorsze samopoczucie, pracuję gorzej, gdy lepsze, lepiej, ale nie przypominam sobie, żebym po prostu popatrzył na otwarty plik i powiedział sobie, że mam to gdzieś. Nie mogę pozwolić sobie na ten luksus. Mam po prostu za dużo pracy. Moją motywacją jest może fantazja, że zrobię wszystko to, czym się teraz zajmuję, ładnie, pięknie i w terminie, i za rok będę miał dwa, trzy miesiące laby.

Filip Springer, pisarz, reportażysta i fotoreporter, na pytanie, jak wygląda pisanie, odpowiedział:
Siedzę po dziesięć-dwanaście godzin. Od szóstej rano. Wstaję z budzikiem, robię kawę (rozpuszczalną z mlekiem i cukrem) i napieprzam. W pewnym momencie przychodzi kryzys, wtedy robię przerwę. Ten czas nie jest zbyt higieniczny. Rano pracuję lepiej, dlatego wywiady i spotkania ustawiam sobie na popołudnie. Jeśli jakiś fragment tekstu wymaga słownej wirtuozerii, zostawiam go sobie na rano. Wtedy zawsze lepiej mi wychodzi. Pracuję w tym rytmie, koło dziesiątej wieczorem jestem już zmęczony.
Na jednym biegunie mamy więc twórców, dla których codzienna dyscyplina jest fundamentem pracy. Na drugim, króluje elastyczność i kult weny.
Codzienna dyscyplina buduje mocny nawyk i oswaja z procesem. Dzięki temu praca kreatywna staje się naturalną częścią dnia, a nie czymś wyjątkowym, na co trzeba czekać. Regularna praca pozwala także zminimalizować lęk przed pustą kartką – jeśli codziennie siada się do pisania lub rysowania, każdy start pracy nie jest już tak przerażający i blokujący. Praca o stałych porach daje również większą przewidywalność, łatwiej jest planować projekty, dotrzymywać terminów i minimalizować stres związany z nagłym przypływem obowiązków lub zbliżającymi się deadline’ami.
Jednak codzienna dyscyplina ma też swoje pułapki. Przede wszystkim istnieje ryzyko wypalenia. Narzucanie sobie obowiązku codziennego tworzenia, niezależnie od stanu emocjonalnego, może prowadzić do utraty radości i spontaniczności. I nie dotyczy to tylko pracy, ale też uprawiania sportu czy diety. Automatyzm, który daje regularność i przewidywalność, bywa wrogiem świeżości. Teksty, czy ilustracje mogą zacząć przypominać mechanicznie odtwarzane sekwencje. Dodatkowo sztywny rytm pracy często trudno pogodzić z życiem prywatnym, zwłaszcza jeśli nie pozwala się na elastyczność.

Przykłady wzięte z życia znanych i cenionych osób z branży kreatywnej pokazują, że kluczem jest znalezienie własnej formuły, czyli połączenie rytuałów i regularności z przestrzenią na impuls i elastyczność. Rytuały, takie jak kawa, sport, czytanie, mogą pomóc w wejściu w tryb pracy, a jednocześnie nie narzucają sztywnej presji codziennego „muszę”. Krótkie, realistyczne listy zadań, posiadanie w głowie tzw. planu dnia i obowiązków pozwalają zachować kontrolę i motywację, bez poczucia przytłoczenia. Kreatywność i bycie twórczym to nie matematyka, a każdy z nas ma inny rytm. Jedni potrzebują jakiegoś impulsu, słuchania intuicji, a inni codziennej dyscypliny i rutyny. Najważniejsze, aby by znaleźć sposób, który pozwala tworzyć regularnie, ale też daje poczucie integralności i radości, z tego, co się robi.