W jej ilustracjach czuć ciszę przed burzą i spokój nocnego nieba. Granat ma dla niej smak snu na jawie, a światło – pamięć miejsc, które mijamy bez zatrzymania. Natalia Noszczyńska, ilustratorką, projektantką i prowadzącą kursu Ilustracja książek dla dzieci w Skvocie, myśli o sobie jak o zbieraczce drobnych wrażeń: barw, kształtów, historii zasłyszanych gdzieś między podróżą a cieniem starego drzewa.
Tworzy w duecie z fotografem i projektantem graficznym Sebastianem Łuczywo w Black Dog Studio, pracowni, gdzie codzienność naturalnie miesza się z wyobraźnią. Od kilku lat rozwijają projekt „Słowianie”, wyrastający z dawnych wierzeń, rytuałów i ludowych opowieści, który zaowocował m.in. książkami dla dzieci o rytmie roku i tradycjach. Natalia ma na koncie kilkadziesiąt zilustrowanych publikacji, współpracowała z dużymi markami i instytucjami kultury, a jednocześnie konsekwentnie wraca do pytań podstawowych: jak uczyć się patrzeć, nie kopiować? Jak budować styl bez presji „bycia wyjątkowym” na już? Rozmawiamy o granicy między inspiracją a powielaniem, o dojrzewaniu języka wizualnego, o dyscyplinie w pracy twórczej i o tym, dlaczego własny styl to nie trofeum do zdobycia, tylko proces, który rośnie razem z nami.

Czy naprawdę trzeba „dużo oglądać”, żeby dobrze rysować i malować? Jak świadomie czerpać z inspiracji, żeby nie wpaść w kopiowanie?
Oczywiście, że warto dużo oglądać, ale przede wszystkim otaczający nas świat, a nie wyłącznie obrazy z publikacji, Instagrama czy Pinteresta. Ilustracja nie powinna być jedynie efektem ćwiczenia ręki i warsztatu. Powinna być także połączeniem naszego charakteru, osobowości, wrażliwości, pasji, poczucia estetyki i doświadczeń życiowych.
Wszystko, co widzimy, ma na nas wpływ, ponieważ zostaje zapisane nie tylko w świadomości, ale również w podświadomości. Można powiedzieć, że podświadomość jest magazynem wszystkiego, co zobaczyliśmy. Dlatego warto mieć świadomość, że jeśli raz coś zobaczymy, to w jakiejś formie już w nas zostaje – nawet wtedy, gdy świadomie nie chcemy z tego korzystać. Obrazy i rzeczy, które wywarły na nas silne wrażenie, zapisują się w pamięci mocniej, a inne trafiają jakby do dalszego „schowka”. To naturalny proces. Jeśli podczas rysowania korzystamy z tego, co przeszło przez naszą wrażliwość – z obrazów zapisanych w pamięci, z obserwacji świata, ze szkicownika, a nie bezmyślnie przerysowujemy cudzą pracę znalezioną w Internecie, próbując jedynie ukryć podobieństwo, nie musimy obawiać się, że kopiujemy czyjeś dzieło. Czym innym jest natomiast korzystanie ze zdjęć jako pomocy merytorycznej, czyli tzw. zdjęć referencyjnych. Służą one wsparciu w zrozumieniu formy, anatomii, światła czy detalu, a nie zastępowaniu własnej interpretacji i własnego języka plastycznego.

Jak odróżnić inspirowanie się od powielania cudzych rozwiązań? Gdzie według Ciebie przebiega ta granica w ilustracji?
Granica przebiega tam, gdzie kończy się własna interpretacja, a zaczyna powielanie cudzego rozwiązania. Jeśli kopiujemy cudzą pracę, nie każdy od razu rozpozna jej autora, ale widz bardzo często wyczuje, że to nie jest nasz własny język. Przy prawdziwej inspiracji ta różnica jest zwykle wyraźna. Dobrze widać to w popularnych dziś zestawieniach publikowanych w mediach społecznościowych: „moja praca” – „czyjaś praca”. Jeżeli zmieniona jest tylko kompozycja, a zostaje ten sam pomysł, podobny układ postaci – albo, co gorsza, identyczny układ postaci, kształt ciał czy mimika, przy zmienionej jedynie palecie kolorystycznej – to jest kopia, a nie inspiracja.
Inspiracja pojawia się wtedy, gdy dzieło staje się punktem wyjścia do stworzenia czegoś własnego. Na przykład może poruszyć nas obraz Picassa pt. „Panny z Awinionu”, ale w swojej pracy opracowujemy własne postaci, zmieniamy kompozycję, kolorystykę i charakter całości. Wtedy ktoś znający historię sztuki może dostrzec źródło inspiracji, ale jednocześnie widzi nową, autorską wypowiedź. Moim zdaniem wiele zależy też od etycznego podejścia twórcy do cudzej pracy. Na początku drogi fascynacja dojrzałymi artystami jest czymś naturalnym, ale warto pamiętać, że ich styl nie powstał od razu – stoi za nim wiele lat pracy, tysiące szkiców, błędów i prób.

Czy w 2026 roku w ogóle da się stworzyć „własny styl”, skoro wszystko już było?
Jeśli sposób tworzenia jest połączeniem naszej osobowości, unikatowych cech charakteru, poczucia estetyki, zainteresowań i pasji, to trudno powiedzieć, że „to już było”. Każdy z nas jest inny, a co za tym idzie – każdy może wypracować własny, niepowtarzalny styl. Problem często nie polega na tym, że „wszystko już było”, ale na chaotycznym działaniu osób początkujących i braku dyscypliny. Wiele osób chce, aby każda ilustracja była wykonana inaczej, a jednocześnie na siłę szuka czegoś wyjątkowego. Pojawia się presja, żeby jak najszybciej znaleźć swoją rozpoznawalną formę, zamiast pozwolić jej dojrzewać naturalnie w pracy. Miałam podobny problem podczas pracy w Pomelody. Z jednej strony bardzo chciałam wypracować coś własnego, z drugiej – pracodawcy oczekiwali, że każdą książkę będę ilustrować w inny sposób. Okazało się jednak, że mimo tych oczekiwań wszystkie moje ilustracje – nawet przy zmianie techniki – miały ten sam „kształt linii”. Po prostu było widać, że to ja je narysowałam.
W budowaniu własnego stylu ważna jest konsekwencja. Pomaga na przykład stworzenie serii 10 ilustracji w jednej palecie kolorystycznej i w jednej tematyce. Wtedy często okazuje się, że dana osoba już ma swój charakter pisma w rysunku, bo zaczyna dostrzegać powtarzalność w sposobie przedstawiania postaci, krajobrazu czy przedmiotów. Mi bardzo pomogła praca nad ilustracjami do książek dla Wydawnictwa Olesiejuk oraz narzucenie sobie dyscypliny podczas tworzenia serii „Słowianie”.
Co praktycznie pomaga w budowaniu własnego stylu? Co poleciłabyś osobom na początku drogi?
Codzienne – albo prawie codzienne – rysowanie, eksperymentowanie, poszukiwanie oraz realizowanie własnych, długofalowych projektów. Najlepiej w tym przypadku sprawdzają się serie. Warto wyznaczyć sobie konkretny cel, na przykład stworzyć minimum 10 ilustracji w jednej tematyce, kolorystyce i formacie. Nie jestem fanką prowadzenia szkicownika jako głównej formy pracy, ponieważ zapisujemy tam głównie pomysły i tworzymy szybkie szkice, które być może kiedyś wykorzystamy. Uważam, że trzeba wykonać pełną ilustrację, a potem następną i kolejną.
Kiedy zaczynaliśmy z Sebastianem pracę nad cyklem „Słowianie”, założenie było proste: wymyślić i narysować jedną ilustrację w formacie 30 × 40 cm codziennie przez 7 dni. Było to związane z udziałem w Folk Tale Week – wyzwaniu ilustracyjnym organizowanym na Instagramie. Później narzuciliśmy sobie dyscyplinę tworzenia ilustracji na każde święto i zwyczaj dawnych Słowian. Czasem było ciężko, bo równolegle prowadziliśmy pracownię Black Dog Studio i realizowaliśmy projekty dla klientów. Mimo to tworzyliśmy i publikowaliśmy regularnie przez dwa lata, a zwieńczeniem tej pracy było wydanie książki „Słowiańskie Koło Roku”. To na pewno pomogło w wyszlifowaniu techniki ilustracyjnej oraz w odnajdywaniu własnego języka wizualnego. W moim przypadku dyscyplina była potrzebna również dlatego, że w wieku 29 lat przebranżowiłam się z architektki krajobrazu i chciałam wrócić do ilustracji. Mocne podstawy wyniosłam z krakowskiego Liceum Plastycznego, więc potrzebowałam przede wszystkim systematycznej pracy – umiejętności rysunkowe już miałam.

Czy styl ilustratora to coś stałego, czy raczej proces, który zmienia się w czasie?
Styl rozwija się i zmienia razem z nami. Dojrzewa. Przechodzimy różne etapy fascynacji określoną tematyką, kolorystyką czy sposobem wyrażania się. Z czasem coś zaczyna nas nużyć i wtedy warto znów zacząć szukać, coś modyfikować, żeby nie utknąć w jednym miejscu. Nie oznacza to całkowitej zmiany sposobu rysowania, chodzi raczej o naturalną dynamikę rozwoju.
W kontekście całej naszej rozmowy powiedziałabym nawet, że to właśnie jest najważniejsze: własny język wizualny nie rodzi się z jednego pomysłu ani z decyzji podjętej „od dziś”, tylko z czasu, uważności, pracy i uczciwości wobec samego siebie. Powstaje z tego, co świadomie ćwiczymy, ale też z tego, co nosimy w pamięci i podświadomości, z tego, co nas porusza, co nas kształtuje i co z czasem filtrujemy przez własną wrażliwość. Dlatego nie warto traktować go jak czegoś, co trzeba raz na zawsze „znaleźć”. Lepiej myśleć o nim jak o procesie, który rośnie razem z nami i który, jeśli jest prawdziwy, będzie się zmieniał, ale pozostanie rozpoznawalny. Na początku drogi najważniejsze są praca, cierpliwość i konsekwencja. Z czasem przychodzi forma, która naprawdę jest nasza.