Serafin Andrzejak: „W branży kreatywnej ważna jest gotowość, żeby dać się ponieść wyobraźni” | Szkoła biznesu Laba
SKVOT MAG

SERAFIN ANDRZEJAK: „W BRANŻY KREATYWNEJ WAŻNA JEST GOTOWOŚĆ, ŻEBY DAĆ SIĘ PONIEŚĆ WYOBRAŹNI”

Rozmawiamy z Serafinem Andrzejakiem, projektantem mody oraz prowadzącym kursu „Projektant odzieży” w Skvocie o drodze do branży modowej, inspiracjach i realiach prowadzenia własnej marki modowej.

SERAFIN ANDRZEJAK: „W BRANŻY KREATYWNEJ WAŻNA JEST GOTOWOŚĆ, ŻEBY DAĆ SIĘ PONIEŚĆ WYOBRAŹNI”
card-photo

BASIA GRUBA

Redaktorka SKVOT MAG
10 lutego, 2026 Fashion Artykuły

Ścieżki kariery w modzie rzadko są proste, ale ta historia udowadnia, że czasem najbardziej logiczne wybory prowadzą dokładnie tam, gdzie od początku było serce. Bo choć wszystko zaczęło się od decyzji rozsądnych i bezpiecznych, to pod ich warstwą przez cały czas tliło się coś znacznie mniej racjonalnego: potrzeba tworzenia, wrażliwość na formę i obraz oraz wewnętrzne przekonanie, że ubranie może być środkiem wyrazu.

Serafin Andrzejak to projektant mody i właściciel autorskiej marki z ponad dziesięcioletnim doświadczeniem w branży, który już wkrótce poprowadzi kolejną edycję kursu „Projektant odzieży” w Skvocie. Nam zdradza, co naprawdę decyduje dziś o sukcesie w modzie, dlaczego talent to dopiero początek, a także jakie są realia budowania własnej marki w Polsce.

Jak mikrobiolog zostaje projektantem mody?

Z przypadku (śmiech).

Musi się za tym kryć coś więcej. Czy mimo studiowania biologii od początku wiedziałeś, że chcesz się zajmować modą?

Jako dzieciak zawsze mnie to ciągnęło, to fakt. Ale moi rodzice skupiali się na tym, żebym miał wykształcenie, które da mi stabilność i pieniądze. To były lata 90., zupełnie inny kontekst ekonomiczno-społeczny niż dziś. Moda w Polsce praktycznie nie istniała jako realna ścieżka zawodowa, więc ten temat po prostu „odparował”. Trzeba było wybrać racjonalny kierunek i tak padło na biologię.

Moment przełomowy przyszedł dopiero na studiach, kiedy byłem już poza domem. Ktoś mi wtedy powiedział: skoro jesteś w mieście i masz nowe środowisko, to spróbuj czegoś więcej niż tylko biologii. Wtedy poznałem ludzi z ASP, zacząłem się tam kręcić i zainteresowanie modą wróciło. W pewnym momencie pomyślałem: a może jednak spróbować ASP. Coś, co kiedyś było marzeniem, wtedy traktowałem raczej jako eksperyment, trochę „dla zabawy”.

Pojechałem na egzamin bez informowania rodziców. Dostałem się. Dopiero po fakcie im o tym powiedziałem. ASP nie trwało długo, nie skończyłem tam studiów, nie zrobiłem dyplomu. Ja się trochę zapędziłem, uczelnia też się na mnie obraziła, więc wróciłem do Poznania z myślą: dobra, co dalej, jak zacząć funkcjonować już całkiem jako dorosły.

Przez chwilę miałem moment stagnacji, lecz wtedy trafiłem na dwutygodniowe warsztaty Art & Fashion Festival w Starym Browarze, organizowane przez Grażynę Kulczyk. To był pełen przekrój branży: projektowanie ubioru, biżuteria, fotografia, muzyka, pisanie o modzie, wszystko. Dostałem się na nie i trafiłem tam na świetnego prowadzącego, który przez lata pracował dla Armaniego. Nadal mam poczucie, że te dwa tygodnie dały mi więcej praktycznej wiedzy o projektowaniu niż całe wcześniejsze studia zamknięte w murach uczelni.

Czy od tamtego momentu miałeś już prostą drogę do zostania projektantem?

Nie do końca. Po powrocie z warsztatów ponownie zadałem sobie pytanie: co teraz?

Chwilę później kolega wrzucił na Facebooku ogłoszenie, że szukają kogoś do pracy w gazecie w Warszawie. Pomyślałem: mam znajomych po dziennikarstwie, ktoś na pewno się nada. Zadzwoniłem do niego, a on mówi: „Nie potrzebujemy dziennikarza. Potrzebujemy kogoś, kto zna się na modzie, stylisty”. Odpowiedziałem, że takich ludzi nie znam. A on na to: „Ale jesteś Ty!”.

Przyznam, że Warszawa nigdy nie była moim celem. Nie planowałem tam żyć ani pracować, a już na pewno nie w gazecie. Przyjechałem „na miesiąc” i z tego miesiąca zrobiło się kilkanaście lat.

W międzyczasie pracowałem bardzo dużo, po 10-14 godzin dziennie. Był moment, kiedy szybko awansowałem i przejąłem obowiązki szefa działu – paradoksalnie mój dzień pracy skrócił się do „zaledwie” 10 godzin. Pomyślałem wtedy: skoro mam jeszcze kilka godzin w ciągu doby, to może warto coś z nimi zrobić.

Pojawił się konkurs dla młodych projektantów (Fashion Designer Awards, przyp. red.). Wysłałem projekt i wygrałem. Pojechałem na staż do Kopenhagi, potem na targi do Paryża i do Lille, na północ Francji. Po powrocie do Warszawy zadałem sobie bardzo proste pytanie: „Stary, co teraz?”. I odpowiedź przyszła sama. Wszystko nagle zaczęło się układać.

Tak zostałem projektantem. Mam poczucie, że los sam mnie doprowadził dokładnie tam, gdzie powinienem być.

Swoją markę założyłeś trzynaście lat temu. Gdy porównujesz tamten moment z obecnymi czasami, co wtedy było największym wyzwaniem w budowaniu własnej marki i czy dziś te wyzwania wyglądają inaczej?

Bardzo inaczej. Czasy zmieniły się diametralnie. Dziś jest znacznie łatwiej założyć markę, głównie dlatego, że jako społeczeństwo jesteśmy bogatsi. Więcej osób ma środki, które może zainwestować w start własnej marki.

Trzeba jednak jasno rozróżnić dwie rzeczy, co dla mnie jest bardzo istotne: markę produkcyjną i markę projektancką.

Marka produkcyjna często bazuje na inspiracjach z Instagrama czy od innych projektantów i przerabia je na swoją modłę: sukienka w kwiatki, sukienka w groszki, tylko w innej wersji. To marki nastawione na szybki zarobek, często oparte na social mediach.

Marki projektanckie to zupełnie inna historia. Wymagają znacznie większego budżetu, dłuższego procesu projektowania i prototypowania oraz zatrudniania ludzi. 

To są po prostu dwa różne światy.

Z perspektywy czasu mam też poczucie, że wchodziłem na warszawski rynek w bardzo specyficznym momencie. W latach 90. wyłoniło się kilka polskich nazwisk, które były traktowane jak objawienie – projektanci porównywani do światowej klasy twórców. Przez bardzo długi czas nikt nie mógł do tego grona dołączyć. Ja pojawiłem się dokładnie w tym okresie, kiedy to środowisko było zamknięte. Dużą rolę odgrywały media, które funkcjonowały bardzo blisko tych kilku nazwisk. Każdy działał w swoim kręgu i promował głównie „swoich”. To była rzeczywistość tamtych lat.

Dziś mam wrażenie, że sytuacja jest zupełnie inna. Jeśli ktoś ma pieniądze i zasięgi, po prostu robi markę. Czy sam pomysł jest kluczowy? Mam co do tego wątpliwości. Obecnie władzę ma ten, kto ma zasięgi i kapitał. Dorosłem do tego, żeby mówić o tym wprost, zamiast powtarzać narrację, że wystarczy mieć wizję i w nią wierzyć, żeby wszystko się udało. Niestety, to nie zawsze tak działa.

Dobrym przykładem jest Alexander McQueen. Oczywiście był ogromnie utalentowany, ale ludzi z talentem, którzy nie mają pieniędzy, jest mnóstwo. Gdyby nie Isabella Blow, która go odkryła i wsparła, dziś nie wiemy, gdzie by był i czy w ogóle istniałaby marka McQueen w takiej formie, jaką znamy.

Jakie są jasne strony prowadzenia polskiej marki modowej? 

Jedną z największych przyjemności w tym zawodzie jest sam proces tworzenia. Jest w nim coś dziecięcego, oczywiście do momentu, w którym trzeba zamknąć księgowość na koniec miesiąca. Początki zawsze mają w sobie dużo ekscytacji: możliwość ubrania kogoś znanego, wejście w świat, który dla wielu jest niedostępny. Dziś już mnie to nie napędza w ten sam sposób, ale kiedyś było ważnym doświadczeniem.

Projektowanie samo w sobie daje ogromną satysfakcję. Oczywiście nie wymyślimy koła na nowo, w modzie wszystko już było. Możemy zmieniać proporcje, konstrukcje, kroje, pracować na detalach. Ogromne pole do eksperymentów daje technologia tkanin, ich łączenie, dodatki. To jest przestrzeń, w której naprawdę można się twórczo realizować.

Dużą przyjemnością jest też moment, w którym widzisz, że ktoś nosi twoje projekty i czerpie z tego radość. Z czasem staje się to bardziej codziennością niż euforią, ale wciąż ma znaczenie. Dziś największą radość daje mi ciągłe uczenie się: nowe technologie, nowe materiały, nowe rozwiązania. Poszerzam swoją wiedzę i coraz chętniej się nią dzielę, co odkryłem stosunkowo niedawno, ale daje mi to ogromną frajdę.

Mam jednak poczucie, że w każdej branży są trudne momenty. Dlatego cenię to, że dziś mogę rozwijać się także jako edukator i mentor. Jest w tym coś bardzo wartościowego. Widzę też, pracując z innymi projektantami, jaką lekcję odrobiłem przez lata intensywnej pracy. Po tym czasie wiem, co potrafię i to daje mi spokojną, dojrzałą satysfakcję. 

Kto najbardziej skorzysta z kursu „Projektant odzieży” w Skvocie? Z jakim nastawieniem warto na niego przyjść, żeby wyciągnąć z niego jak najwięcej?

Przede wszystkim z otwartością. Bez nastawienia „co konkretnie z tego wyciągnę”, bo każdy wyciąga coś innego. Zawsze, gdy przyjmowałem stażystów, pierwsze pytanie, jakie im zadawałem, brzmiało: czego chcesz się nauczyć, co jest dla ciebie ważne. Przy pracy jeden na jeden da się ten plan dopasować bardzo precyzyjnie, ale punktem wyjścia zawsze jest ciekawość i gotowość do eksperymentowania.

To jest branża kreatywna, więc upór i zamknięcie nie mają tu sensu. Ważna jest trochę dziecięca chęć poznawcza i gotowość, żeby dać się ponieść wyobraźni. Bez tego trudno cokolwiek z tego kursu wynieść.

A można wynieść bardzo dużo. Mówię nie tylko o sferze kreatywnej, ale też o bardzo technicznych rzeczach. Ten kurs może być przestrzenią do realizowania fantazji, satysfakcji czy hobby i to jest w porządku. Ale równie ważna jest twarda wiedza dla tych, którzy myślą o założeniu własnej marki.

Uczymy się nie tylko budowania z klocków Lego, ale też tego, jak te klocki sensownie poskładać. Ile ich naprawdę potrzeba, żeby zrobić sukienkę, jak policzyć koszty, żeby nie okazało się, że produkcja przeważa i projektu nie da się sprzedać. Ten aspekt biznesowy jest bardzo istotny.

Projektowanie ma też w sobie matematykę. To geometria, przestrzeń, proporcje. Warto to mieć z tyłu głowy albo odkrywać w trakcie. Dlatego nie widzę grupy, która „nie powinna” brać udziału w tym kursie. Nawet osoby bardzo analityczne mogą dzięki niemu znaleźć nowe rozwiązania w swojej dziedzinie.

Kim można zostać po ukończonym kursie w Skvocie? Co można robić, gdzie realnie można pracować i czy kurs sprawdzi się dla osób, które dopiero chcą wejść do branży?

Na początku to jest trochę historia o spełnianiu marzeń i to jest ważne.

Pamiętam uczestniczkę pierwszej edycji kursu, której marzeniem zawsze było pracować z ubraniami, ale życie potoczyło się inaczej. Dopiero teraz po wielu latach odważyła się spróbować, a po zakończeniu kursu napisała, że będzie szukała miejsca w teatrach, żeby pomagać przy kostiumach. 

Dlatego dużo zależy od tego, co w nas siedzi i jak bardzo jesteśmy gotowi działać. Trudno powiedzieć wprost: „po tym kursie idziesz do LPP na stanowisko juniora”. Ale realnych opcji jest sporo.

  • →   Są styliści, którzy potrzebują asystentów. Są kostiumografowie pracujący przy sesjach zdjęciowych, filmach czy serialach. Jest cały sztab ludzi zajmujących się kreacją ubioru i to nie zawsze oznacza własną markę i sprzedaż w sklepie.
  • →   Kolejna ścieżka to praca przy printach i grafikach na tkaninach. To też jest praca kreatywna, ale wymagająca myślenia konstrukcyjnego. Tworząc print, trzeba wiedzieć, jak układa się sylwetka, gdzie dany element trafi, jak wpłynie na proporcje. Czasem coś wygląda świetnie na obrazie, ale w realnej sylwetce zupełnie nie działa i to trzeba umieć przewidzieć.
  • →   Możliwości są też w dużych firmach: od korporacji, gdzie zaczyna się jako junior lub asystent, przez mniejsze rodzinne marki, aż po zespoły z mikrozarządzaniem, gdzie obowiązków jest więcej i szybciej można się nauczyć całego procesu, również od strony organizacyjnej i managerskiej. To wciąż jest praca „w ubraniach”, tylko w różnych skalach.

Nie trzeba robić wszystkiego od razu. Można pracować gdzieś na etacie, a swoją markę albo projekt rozwijać obok, krok po kroku. Uczyć się, testować, sprawdzać reakcje. Mam przykład innego uczestnika kursu, który jeździł na desce i robił ubrania związane z tym środowiskiem. Dał jeden z projektów jako nagrodę w konkursie, zrobił zdjęcia, wrzucił je do sieci. Małym kosztem, bardzo organicznie, w swoim naturalnym kontekście.

Ten wachlarz możliwości jest naprawdę szeroki. Projektant to nie tylko wizjoner siedzący w luksusowym apartamencie i rysujący szkice pod pokaz w Paryżu. To bardzo uproszczony obraz.

Uczestnicy pierwszej edycji kursu są dla mnie najlepszym dowodem na to, że te umiejętności da się realnie przełożyć na życie, każde, na własnych zasadach. Ktoś funkcjonuje w świecie sportu, ktoś w teatrze, ktoś w biurze i zaczyna projektować rzeczy, których sam potrzebuje. Ogranicza nas właściwie tylko wyobraźnia.

Co Cię inspiruje? I gdzie dziś inspiracji mogą szukać początkujący projektanci: zarówno online, jak i offline?

Dużo łatwiej znajduję inspiracje offline: są bardziej twórcze niż odtwórcze. Wszystko, co widzimy w Internecie, zostaje w głowie, więc często mamy wrażenie, że „coś wymyśliliśmy”, a tak naprawdę wraca obraz, który już kiedyś zobaczyliśmy.

Dlatego muzea są dla mnie ogromną bazą inspiracji. I nie tylko te klasyczne. Inspiracją mogą być też zupełnie banalne rzeczy: kostka brukowa, wzór na studzience kanalizacyjnej. Wystarczy mieć oczy otwarte, jak mówiła Grace Coddington, niezależnie od tego, czy jedziemy pociągiem, czy idziemy ulicą.

Bardzo inspiruje mnie też muzyka. Projektowanie nie opiera się wyłącznie na obrazie, uszy też są ważne. Trzeba jednak pamiętać, że projektowanie to sztuka użytkowa. Projektant jest artystą, ale na krótkiej smyczy: rzeczy muszą być nie tylko estetyczne, ale też funkcjonalne.

Oczywiście korzystam też z online’u. Inspiracje są wszędzie: w architekturze miast, w detalach, w sposobach użycia printów czy technologii. Jeśli ktoś jest kreatywny, jego narzędziem jest mózg, oczy i uszy. A to oznacza, że ta praca trwa właściwie całą dobę.

Na koniec: Twój 2026 w trzech słowach?

Dla mnie każdy rok to przede wszystkim nauka. To zresztą jeden z moich mocniejszych talentów – uczenie się. Pierwsza edycja kursu też bardzo mnie tego nauczyła, umocniła mnie i pozwoliła iść dalej. Za to jestem ogromnie wdzięczny.

Drugie słowo to spontan, na tyle, na ile się da.


A trzecie… chyba chcę być trochę dzieckiem. Więc: marzenia.