Przez długi czas wmawiano nam, że praca z pasji załatwia wszystko naraz: sens, spełnienie, poczucie wolności. Że jeśli robisz to, co kochasz, reszta jakoś się ułoży. Coraz częściej widać jednak, że ta opowieść przestała pomagać. Zamiast tego dokłada ciężaru, komplikuje rozmowy o granicach i skutecznie odwraca uwagę od realnych kosztów pracy.
Hasło „rób to, co kochasz” miało kiedyś swój moment. Szczególnie w środowiskach kreatywnych. Było obietnicą ucieczki od korporacyjnej rutyny, zaproszeniem do pracy bardziej „po swojemu”. Dziś coraz częściej brzmi jak zdanie, które ma tłumaczyć rzeczy, na które w innych branżach nikt by się nie zgodził.
Pasja jako narzędzie wyzysku w pracy kreatywnej
W pracy kreatywnej pasja bardzo szybko przestaje być prywatną sprawą. Staje się argumentem. Uzasadnieniem. Wytłumaczeniem. To właśnie tutaj najłatwiej usłyszeć, że niskie stawki są „na start”, że nadgodziny są częścią procesu, a brak jasnych zasad to cena za „fajny projekt”.
❛❛
„To dla portfolio”.
„To ważna ekspozycja”.
„To projekt, który coś znaczy”.
Ten język nie jest neutralny. Zastępuje rozmowę o pieniądzach, czasie i odpowiedzialności. Jeśli robisz coś kreatywnego, łatwo wpaść w pułapkę myślenia, że samo robienie już jest nagrodą. A skoro jest nagrodą, to trudno domagać się więcej.
W praktyce oznacza to pracę po godzinach, odkładanie odpoczynku, ciągłe bycie dostępnym. Oznacza też nieustanne poczucie, że nie wypada narzekać. Bo przecież robisz to, co lubisz. A jeśli zaczynasz mieć dość, problem musi być w tobie.
Dlaczego kreatywni tak łatwo godzą się na niestabilność
W wielu kreatywnych środowiskach stabilność długo była czymś podejrzanym. Etat kojarzył się z rezygnacją z ambicji, powtarzalnością, brakiem swobody. Freelancer, twórca, projektowiec miał być kimś „poza systemem”. Kimś, kto nie potrzebuje bezpieczeństwa, bo ma talent, pomysły i elastyczność.


Tyle że w praktyce ta narracja bardzo często usprawiedliwia życie w permanentnym napięciu. Brak umów, brak przewidywalności, brak bufora finansowego. Chaos zaczyna być mylony z rozwojem, a ciągłe zmiany z kreatywnością. Tymczasem dla wielu osób to nie jest świadomy wybór, tylko efekt presji środowiska i braku realnych alternatyw.
❛❛
Warto się w tym miejscu zatrzymać i zapytać wprost:
czy brak stabilności naprawdę mnie rozwija, czy tylko przyzwyczaiłem się do życia w niepewności?
Kiedy praca kreatywna staje się jedyną tożsamością
W pracy kreatywnej granica między tym, co robisz, a tym, kim jesteś, bardzo łatwo się zaciera. Projekty są osobiste. Pomysły wychodzą „z ciebie”. Krytyka pracy często brzmi jak krytyka osoby. Rezygnacja z projektu jak porażka charakteru, nie decyzja zawodowa.
Dopóki wszystko idzie dobrze, ten model działa. Problemy zaczynają się wtedy, gdy projekt się kończy, branża zwalnia albo zwyczajnie brakuje siły. Wypalenie rzadko dotyczy samej liczby zadań. Częściej dotyka pustki po pytaniu: kim jestem, jeśli na chwilę przestaję tworzyć?

Im bardziej praca kreatywna jest jedynym źródłem sensu, tym trudniej ją renegocjować. Trudniej zmienić tempo, zakres, kierunek. Bo każda zmiana zaczyna wyglądać jak utrata siebie.
O dojrzewaniu do „wystarczająco dobrej” pracy
„Wystarczająco dobra” praca kreatywna nie brzmi jak spełnienie marzeń. I bardzo dobrze. Dla wielu osób to moment, w którym twórczość przestaje być polem ciągłego sprawdzania swojej wartości, a zaczyna być częścią życia, nie jego osią.
To często oznacza przesunięcie ambicji. Mniej dowodzenia, więcej wyborów. Mniej projektów „bo warto”, więcej takich, które da się unieść bez rozpadania się po drodze. Praca nie musi dawać euforii. Wystarczy, że nie wypala, nie wymaga ciągłego poświęcenia i zostawia miejsce na odpoczynek, relacje, ciało.
Zmęczenie narracją „rób to, co kochasz” bywa pierwszym momentem, w którym pojawia się realne pytanie o odpowiedzialność. Nie tylko systemową, ale też własną. Gdzie ja dokładam się do tej opowieści. Na co się zgadzam. Co podtrzymuję, bo tak jest łatwiej albo „tak się robi w tej branży”.
To nie jest tekst o porzucaniu kreatywności. To tekst o sprawdzaniu, czy sposób, w jaki dziś pracujesz, rzeczywiście jest jedynym możliwym. I czy cena, którą za niego płacisz, nadal ma sens.