Prawdziwe emocje w cyfrowych ciałach. Czy digital humans to nowa era kreatywności? | Skvot — szkoła dla kreatywnych
SKVOT MAG

Prawdziwe emocje w cyfrowych ciałach. Czy digital humans to nowa era kreatywności?

Sztuczna inteligencja coraz śmielej przejmuje role zarezerwowane dotąd dla ludzi i zmusza branżę kreatywną do odpowiedzi na pytanie, gdzie kończy się technologia, a zaczyna wrażliwość.

Prawdziwe emocje w cyfrowych ciałach. Czy digital humans to nowa era kreatywności?
card-photo

BASIA GRUBA

Redaktorka SKVOT MAG
17 października, 2025 Kreatywność Artykuły

Cyfrowi ludzie – realistyczne, w pełni wirtualne postacie tworzone przez sztuczną inteligencję – wchodzą do świata kreatywnego z rozmachem. Jeszcze niedawno pojawiały się wyłącznie w grach i eksperymentach artystycznych. Dziś zastępują aktorów, prezenterów, modelki i influencerów.

W 2025 roku mówimy już nie o technologicznej ciekawostce, ale o nowej klasie „cyfrowych pracowników” – obecnych w filmach, reklamach, modzie i mediach społecznościowych. To zjawisko redefiniuje pojęcia „obecności”, „autentyczności” i „kreatywności”. 

Wraz z rozwojem technologii motion capture i modeli generatywnych rodzi pytanie: czy przyszłość sztuki i mediów będzie należeć do ludzi, czy do ich cyfrowych odpowiedników?

Nowa twarz kreatywności

Cyfrowi ludzie (ang. digital humans) stali się integralną częścią współczesnych kampanii reklamowych, filmów i wydarzeń online. Dzięki rozwojowi generatywnej sztucznej inteligencji potrafią mówić, gestykulować i reagować emocjonalnie, a ich wizerunek można dopasować do estetyki każdej marki.

To nie jest już ciekawostka technologiczna, ale nowy etap ewolucji pojęcia „obecności”. Digital humans nie tylko odgrywają rolę, potrafią też istnieć w przestrzeni cyfrowej z taką wiarygodnością, że odbiorca nie zawsze odróżnia fikcję od rzeczywistości.

Pierwsza aktorka AI

Symbolem tej zmiany w ostatnim czasie stała się Tilly Norwood — pierwsza na świecie aktorka oparta w pełni na sztucznej inteligencji. Tilly została stworzona z wykorzystaniem modeli generatywnych, które w czasie rzeczywistym symulują mimikę, emocje i mowę. Jej twórcy twierdzą, że może „pracować” bez przerw, kontraktów czy dubli.

Debiut Tilly wywołał w Hollywood lawinę emocji. Związek aktorów SAG-AFTRA potępił wykorzystywanie cyfrowych wykonawców bez zgody ich ludzkich pierwowzorów, określając to jako „zagrożenie dla integralności artystycznej i źródeł utrzymania”.

Forbes zauważa, że kluczowe pytanie nie brzmi już „czy AI potrafi grać, ale czy widzów w ogóle obchodzi, że to robi”.

Dyskusja wokół Tilly pokazała, że granica między sztuką a inżynierią staje się coraz cieńsza. A emocja coraz bardziej symulowana.

Co więcej, Tilly nie jest wyjątkiem, lecz początkiem trendu. W ślad za nią powstają kolejne projekty wirtualnych aktorów – generowanych nie przez studia filmowe, ale przez startupy technologiczne. Hollywood powoli przestaje być miejscem, gdzie szuka się talentu, a zaczyna być miejscem, gdzie się go projektuje.

Motion capture – ciało w służbie danych

Aby cyfrowi aktorzy mogli poruszać się naturalnie, potrzebują mostu łączącego świat fizyczny i cyfrowy. Tym mostem jest motion capture – technologia, która zamienia ludzkie gesty, postawę i ruch w zestaw precyzyjnych danych.

O motion capture w gamedevie rozmawialiśmy z Maciejem Kwiatkowskim, performerem i projektantem akcji w najnowszym odcinku podcastu „Gamechangers”:

Współczesne studia łączą już mocap z narzędziami opartymi na AI, by tworzyć cyfrowe występy bez udziału aktora. Autodesk wprowadził w tym roku oprogramowanie MotionMaker, które automatyzuje proces animacji, skracając czas produkcji scen z tygodni do dni. To otwiera zupełnie nowe możliwości, ale też grozi utratą czegoś, co w kinie zawsze było najcenniejsze: ludzkiej spontaniczności.

Modelki, które się nie starzeją i ekonomiczne piksele

Digital humans są coraz częściej obecni również w modzie i marketingu. Marki takie jak Balmain czy Prada wykorzystują cyfrowe modelki, które nigdy się nie starzeją, nie narzekają i mogą przybrać dowolny wygląd jednym kliknięciem. Dla marek to wizualna perfekcja i pełna kontrola nad wizerunkiem. Dla widzów – estetyczna iluzja, w której coraz trudniej dostrzec człowieka.

Podobny proces zachodzi w mediach społecznościowych. Wirtualne influencerki, jak Lil Miquela, są dziś pełnoprawnymi postaciami popkultury. Według The Drum nie są „błędem rzeczywistości”, ale jej komentarzem – zadają pytanie o to, czym jest prawda w świecie, w którym wszystko można wyrenderować.

Co więcej, podkreśla się „oszczędność” takiego rozwiązania. Cyfrowi ludzie nie potrzebują przerw, wynagrodzenia ani agentów. Można ich dowolnie powielać i wykorzystywać w wielu krajach jednocześnie. Z ekonomicznego punktu widzenia to rewolucja. Z ludzkiego utrata niepowtarzalności.

A z moralnego? Według Forbesa przyszłość nie polega na tym, że AI zastąpi człowieka, lecz na tym, że „granica między jednym a drugim przestaje mieć znaczenie”

Co dalej?

❛❛

„Kiedy sztuczna inteligencja traci ludzki pierwiastek, przestaje być sztuką.”

Czy emocja wygenerowana przez algorytm jest jeszcze emocją? To pytanie o granicę między twórczością a technologią powoli staje się pytaniem o granicę człowieczeństwa.

W 2025 roku digital humans nie są tylko narzędziem – są nowym medium, które zmienia definicję twórczości, pracy i autentyczności. Ale przyszłość kreatywności nie polega na rywalizacji z maszynami. Polega na zachowaniu tego, czego nie da się zaprogramować – empatii, intuicji, niedoskonałości, które nadają sens każdej formie ekspresji.

Technologia może nas wspierać, inspirować, a nawet współtworzyć z nami. Ale to od nas zależy, czy użyjemy jej do kopiowania rzeczywistości, czy do tworzenia czegoś, czego jeszcze nie było.