W świecie, w którym TikTok dyktuje tempo, a uwagę internautów mierzy się w sekundach, kinowe hity coraz śmielej przekraczają magiczną granicę trzech godzin. Czy to paradoks? Niekoniecznie. Długie filmy i krótkie treści internetowe to nie tyle sprzeczność, ile sygnał, że nasze potrzeby poznawcze i emocjonalne ulegają jeszcze większemu rozwarstwieniu się.
Scrollujemy w tempie, które jeszcze dwadzieścia lat temu wydawałoby się poza ludzkimi możliwościami. Reelsy, shorts i tiktoki są projektowane jak strzały dopaminowe – szybkie, dynamiczne, wciągające. Algorytmy wybierają te, które natychmiast przyciągają wzrok i utrzymują uwagę przez kilka sekund. W tym świecie liczy się natychmiastowa gratyfikacja: dowcip, szok, emocja. Krótka forma to nie tylko kwestia tempa życia, ale też optymalizacji zasięgów i niskiego progu wejścia.

Z drugiej strony – filmy robią się coraz dłuższe. „Oppenheimer”, „Czas krwawego księżyca”, „The Brutalist” – każdy z nich trwa ponad 3 godziny. Dotyczy to także muzyki. Rozszerzony album Taylor Swift pt.: „The Tortured Poets Department” – to 31 utworów i 122 minuty dzwięków. Krytycy narzekali: „za długi”, „rozwleczony”, a jednak – sprzedaje się doskonale.

Skąd ta długość w erze pośpiechu? Dłuższy metraż to odpowiedź na zupełnie inne potrzeby niż te, które zaspokaja internetowych konsumentów. To potrzeba zanurzenia się, poczucia wchodzenia w świat bohatera, przeżywania z nim emocji bez cięć i presji czasu. To próba pokazania, że kino wcale nie musi konkurować z TikTokiem. Wręcz przeciwnie – oferuje od niego ucieczkę. Coraz dłuższe filmy to forma kontrreakcji na pofragmentowaną, przebodźcowaną codzienność. Chociaż reakcje na tak długie filmy pokazują, że coraz trudniej jest nam po prostu wytrzymać i skupić uwagę bez odrywania się na coś innego (czytaj: szybszy zastrzyk dopaminy).
Paradoksalnie, to właśnie zalew krótkich treści sprawia, że długie formy odzyskują swoją wagę. Kino staje się jednym z ostatnich miejsc, gdzie naprawdę wyłączamy się z codzienności. Siedzimy, patrzymy, przeżywamy – bez pauzy, bez powiadomień, bez kolejnych wyskakujących okienek. Długie filmy nie tylko dają reżyserom więcej przestrzeni – dają widzom rytuał. Podobnie jest z długimi albumami muzycznymi. Być może to nie przejaw egocentryzmu artystów, ale próba stworzenia świata, w którym słuchacz zanurzy się na chwilę, zamiast przeskakiwać po pojedynczych singlach. Chociaż, czasem rzeczywiście można zastanawiać się, czy nie jest to dlatego, że nikt nie powiedział twórcom w odpowiednim momencie po prostu „stop”.
Można też zastanawiać się, czy zawsze długie filmy mają sens, a nie są tylko efektem braku ograniczeń znanych i cenionych reżyserów. Czy ten film trwa trzy godziny, bo tego wymaga historia – jak u Scorsese w „Irlandczyku”? Czy kolokwialnie mówiąc, nikt nie miał odwagi go skrócić? W długich formach tkwi siła, gdy opowiadana historia wymaga przestrzeni, a napięcie buduje się stopniowo, to forma służy treści. Tak było choćby z brakiem przerw w filme „Czas krwawego księżyca”. Nie chodziło o „patrzenie przez trzy godziny”, ale o to, by nie dać widzowi uciec od opowiadanej przemocy i historii zbrodni. Długie filmy były kiedyś uznawane za prestiżowe – długość oznaczała jakość. W latach 50. to właśnie epickie metraże miały konkurować z telewizją. Zarówno klasyczne filmy jak Przeminęło z wiatrem (prawie 4 h), jak i współczesne hity jak „Oppenheimer” (3 h) udowadniają, że długość nie musi być przeszkodą, jeśli towarzyszy jej jakość i dobra narracja.

To rozwarstwienie pokazuje rosnącą polaryzację: z jednej strony „mikro-uwaga”, z drugiej – głęboka potrzeba tzw. long-form experience. Konsumujemy szybkie treści na telefonie w autobusie, ale wieczorem chcemy czegoś więcej – historii, która zostanie z nami na dłużej. Platformy streamingowe to wyczuły: Netflix, HBO i Apple TV inwestują w rozbudowane seriale i wieloodcinkowe miniseriale, które też coraz częściej przypominają pod względem konstrukcji... długie filmy. Nierzadko przecież zdarza się, że odcinek serialu ma 1,5 h! Streaming z jednej strony daje większą wolność, ale też zmienia percepcję widza. Kiedy film oglądamy w domu – z możliwością pauzy, przerwy i powrotu – nawet trzy godziny przestają być barierą nie do pokonania.
W dobie kulturowego szumu i cyfrowego rozproszenia długie filmy i albumy nie są minusem – są kontrpropozycją. I choć często mówimy, że „nie mamy już czasu” ani „umiejętności skupienia”, to może właśnie dlatego coraz częściej szukamy form, które pozwolą nam na chwilę skupić się tylko na jednej rzeczy. Nie tylko przeskakiwać między treściami, ale zanurzyć się w jeden opowieści. Długo, intensywnie, świadomie.