Krytycy już nazwali film „wizualnie oszałamiającym i emocjonalnie głębokim”, a odtwórca głównej roli Mason Thames jest idealnym ucieleśnieniem Czkawki. Reżyser Dean DeBlois, który stworzył animowaną trylogię, przeniósł magię oryginału na nowy poziom, nie tracąc przy tym humoru ani szczerości.
Krytyczka filmowa Natalia Serebriakowa wzięła udział w panelu dyskusyjnym z reżyserem Deanem Debloyem i aktorami – Gerardem Butlerem, Masonem Thamesem, Nico Parker i Nickiem Frostem – i przygotowała relację z rozmowy specjalnie dla Skvot Magu.
Dean, jakie było największe wyzwanie w przejściu z animacji do filmu aktorskiego? I ile czasu zajęło studiu przekonanie cię do stworzenia wersji aktorskiej zamiast kolejnego filmu animowanego?
DEAN DEBLOY: Nie trzeba było mnie długo przekonywać – wszystko wydarzyło się błyskawicznie. Gdy tylko Universal zasugerowało, że być może chcą zrobić aktorską wersję „Jak wytresować smoka”, moja pierwsza reakcja była obronna. Chciałem po prostu ochronić ten świat, postaci i serce historii, o której wiedziałem wszystko.
Szczerze mówiąc, zupełnie nie chciałem oglądać cudzej wersji tej opowieści. Dlatego sam się zgłosiłem, mimo że ogólnie nie przepadam za remake’ami filmów animowanych. Jako ktoś, kto wywodzi się z animacji, często widzę, że te nowe wersje tracą coś istotnego – stają się bledszą kopią oryginału.
Ale w tym przypadku byłem zdecydowany: skoro już robić, to porządnie. Zachować magię, serce i to pragnienie lotu, które ta historia daje widzowi.
Czy udało Ci się osiągnąć coś w wersji aktorskiej, czego nie udało Ci się przekazać w animacji?
DEAN DEBLOY: Tak, i to było dla mnie największym odkryciem jako debiutującego reżysera filmu aktorskiego. Kiedy przechodzisz cały etap przygotowań – odpowiadasz na milion pytań o scenografię, kostiumy, logistykę – wydaje się, że wszystko musi być dokładnie zgodnie z planem.
Ale w dniu zdjęciowym dzieje się magia: oddajesz scenę aktorom i jeśli naprawdę wczują się w swoje postacie – wszystko się zmienia. Nagle jesteś gotów zmienić kąt kamery, oświetlenie, samą koncepcję sceny – w zależności od ich intonacji, milczenia, ruchów, interakcji. To staje się żywe. I właśnie tej prawdy szukasz.
Nasz operator nauczył mnie od razu: „Ignoruj 300 osób wokół – patrz tutaj. Tu jest prawda”.
Gerardzie, wyobrażam sobie, że dla ciebie to było wyjątkowo magiczne – powrót do świata „Jak wytresować smoka”, ale już w wersji aktorskiej. W końcu jesteś związany z tą serią dłużej niż inni aktorzy. Co znaczyło dla ciebie tak długo być z tą postacią i wreszcie zagrać ją na ekranie?
GERARD BUTLER: Cóż, naprawdę kocham tę postać i całą serię. Ona naprawdę głęboko rezonowała z widzami i odniosła ogromny sukces. Myślę, że Dean pozwolił mi tchnąć w Stoika ogromną energię, ale wcześniej była to tylko moja interpretacja głosowa.
A teraz, gdy pojawiła się możliwość przeniesienia tej energii na plan filmowy, poczułem się – podobnie jak Dean – prawdziwym strażnikiem tej historii. Gdy założyłem kostium, brodę, gdy zacząłem żyć jako ta postać to już nie były dwie godziny w studiu, to był cały dzień w jego ciele. Fizyczna przemiana, całkowite zanurzenie.
W moim życiu było wiele takich ról, ale ta – zupełnie inna, ciekawsza. Bo mogłem wczuć się w bohatera znacznie głębiej. W filmie aktorskim widzimy w Stoiku więcej sprzeczności, więcej ciszy, więcej bólu — mężczyznę uwięzionego w tradycji, który jakby cały czas wstrzymuje oddech. A jednocześnie – wrażliwość, zagubienie, stopniowe otwieranie się. W animacji nie mogłem oddać tego aż tak pełnie.
Tutaj miałem więcej przestrzeni na niuanse – zarówno w wielkich momentach, jak i w tych subtelnych, wewnętrznych przeżyciach. A to właśnie one ostatecznie poruszają widza. Tak, kochamy widowiskowość. Ale to, co prawdziwe – to momenty między Pyskaczem a Czkawką, między mną a Czkawką. To one zostają z widzem. To nad nimi pracowaliśmy z Deanem i on zrealizował je znakomicie.
To naprawdę harmonijne połączenie — akcji, fantasy, fantastycznych smoków, a jednocześnie fizyczności i wrażliwości. Masonie i Niko, sukces filmu w dużej mierze zależy od tego, na ile przekonująca jest wasza relacja ze Szczerbatkiem. Opowiedzcie, jak nad tym pracowaliście i jak budowaliście więź z tą postacią?
MASON THAMES: Szczerze mówiąc, nie wiedziałem, czego się spodziewać – zielonych ekranów, kilku piłeczek tenisowych. Ale mieliśmy szczęście, pracowała z nami fantastyczna ekipa lalkarzy.
To była piankowa głowa smoka, której mogłem dotykać, na którą mogłem patrzeć, nawet improwizować z nią i to było super zabawne. Mój partner sceniczny to smok, a oni zrobili wszystko, żeby to było naturalne. To było naprawdę niesamowite.
NICO PARKER: Tak, na początku nie wiedzieliśmy, co dostaniemy, bo czasami to naprawdę tylko piłeczka na patyku. Pamiętam, że na pierwszym treningu dali nam kartkę papieru, zgnietli ją i zostawili na podłodze. Zapytali: „Co widzicie?” – „Nic”.
A potem zaczęli dotykać tego papieru, poruszać go, tchnęli w niego życie. I on jakby ożył. Było w tym coś magicznego – sposób, w jaki pracują z fizycznością, jak naturalnie i swobodnie się poruszają. I te, zdawałoby się, martwe przedmioty nagle stawały się prawdziwe. To bardzo pomagało w nawiązywaniu relacji z nimi.
Ale szczerze mówiąc – Mason był w tym prawdziwym mistrzem. Ja po prostu go kopiowałam.
GERARD BUTLER: Smoki w tym filmie są tak świetne, że ludzie już je przyjmują za pewnik. Ale przecież Mason nie miał do czynienia z prawdziwymi smokami – on stworzył tę magię dosłownie z niczego, budował relację z wymyśloną istotą. I zrobił to znakomicie. Jestem z niego bardzo dumny.
Skoro już mówimy o postaciach – Masonie, Nico, co najbardziej podoba wam się w Czkawce i Astrid? Co kochaliście w wersjach animowanych i co chcieliście dodać do swoich wersji bohaterów?
MASON THAMES: W Czkawce podoba mi się wiele rzeczy – jego humor, sarkazm. Właśnie za to wszyscy go pokochali, ja też. Te cechy chciałem zachować, ale z Deanem dużo rozmawialiśmy podczas preprodukcji o tym, jaką postać chcemy pokazać i kim ma się stać do finału.
Postanowiliśmy pokazać go z nieco innej strony – ciemniejszej, smutniejszej. W końcu własna wioska go odrzuca, bo jest inny. A on po prostu chce być godnym synem swojego ojca, być prawdziwym wikingiem. A żeby to osiągnąć, jak mu mówią, musi zabić smoka.
Ale właśnie w chwili, gdy uświadamia sobie, że nie może tego zrobić i akceptuje siebie takim, jakim jest – w tym tkwi jego siła. I to sprawia, że Czkawka jest dla mnie wyjątkowy.
NICO PARKER: A Astrid jest po prostu nieustraszona! Uwielbiam ją za to. Ale wiecie, my z Masonem byliśmy ogromnymi fanami animacji jeszcze jako dzieci i możliwość zagrania swojego bohatera to niesamowite, wręcz terapeutyczne doświadczenie.
Jestem wdzięczna Deanowi, że mimo ogromnego szacunku do oryginału, był otwarty na zmiany, na rozwój postaci. W tym tkwi siła kina aktorskiego – więcej przestrzeni na niuanse, więcej „kolorów” dla znanych bohaterów.
Było dla mnie ciekawe zanurzyć się w przeszłość Astrid i jej początkową niechęć do Czkawki, dlaczego go tak traktuje. Dobrze, że mogliśmy to pokazać. Jej relacja z Czkawką jest ważna dla całej historii i zależało nam, żeby wydawała się zasłużona, prawdziwa. Mam nadzieję, że nam się to udało.
Nick, aż się zdziwiłam, że jesteś nowy w tej serii — zapomniałam, że nie było cię w oryginalnych filmach. Co najbardziej spodobało ci się w tej przygodzie?
NICK FROST: Gdybym przyszedł na plan, a Dean powiedział: „Tak to wyglądało wcześniej – po prostu zrób to samo”, szczerze, nie miałbym nic przeciwko. Zrozumiałbym to.
Ale było zupełnie inaczej. Jedną z najlepszych rzeczy w moim zawodzie, a jestem w nim już od 23 lat, jest możliwość posiadania własnego głosu. Możliwość powiedzenia: „A może spróbujemy tak?” albo „Wydaje mi się, że ten tekst byłby zabawniejszy lub lepszy, gdybym powiedział go inaczej”.
Dean od samego początku był na to otwarty: „Super, spróbujmy”. I dla mnie to była prawdziwa radość – pracować z ludźmi, którzy nie mówią: „Nie, po prostu zrób, jak napisano”. To naprawdę motywujące.
Osobiście sprawia to, że daję z siebie jeszcze więcej. Budzisz się rano z ekscytacją, z myślą: „No to jazda!”. To niesamowite uczucie – żyć w takim trybie przez te 90 dni.
Mam nawet taki zwyczaj — zawsze wieczorem pakuję torbę na plan: scenariusz, długopisy, wszystko gotowe. A rano mówię sobie: „Dobra, ruszamy”. Ale wiecie, nie każda praca daje ci to poczucie gotowości. Miałem szczęście, że tym razem właśnie tak było.
Czy lubisz grać postaci z jakimiś dziwacznymi fizycznymi cechami, jak u Pyskacza?
NICK FROST: Zdecydowanie! I nie tylko fizycznymi. Każda rola, w której jest coś „swojego”, coś charakterystycznego, jest zawsze ciekawa. A z Pyskaczem naprawdę mi się poszczęściło, on ma mnóstwo takich „smaczków”.
Na przykład w animacji nie ma prawej nogi. A w naszej wersji – lewej. I to dlatego, że właśnie miałem przejść operację wymiany lewego kolana. Dostałem tę rolę dosłownie tydzień przed zabiegiem. Dean zapytał: „Które kolano?” Odpowiedziałem: „Lewe”. A on na to: „No to tracimy lewą nogę”.
Więc jeśli ktoś będzie oglądał i pomyśli: „Wow, ale realistycznie to zagrał” – to wszystko przez to, że moje kolano już nie działa. Ale Dean był na tyle fajny, że powiedział: „Okej, niech to będzie ta noga”. Jestem pewien, że gdzieś już istnieje wątek na Reddicie: „W oryginale była inna noga”.
Nico, twoja mama – Thandiwe Newton – dziesięć lat temu pracowała z Gerardem. Gdy dostałaś tę rolę, powiedziała ci coś? Dała jakieś rady?
NICO PARKER: Powiedziała: „On to koszmar”. Nie no, żartuję – tak naprawdę bardzo się ucieszyła, przede wszystkim z samego faktu, że dostałam tę rolę. A kiedy dowiedziała się, że Gerard też jest w projekcie — była zachwycona.
Z tego, co wiem, mieli świetne doświadczenie na planie. Jedna z pierwszych rzeczy, które Gerard powiedział mi, gdy się poznaliśmy, to: „Pracowałem z twoją mamą”. Nawet o tym nie wiedziałam. Wspomniał, że mieli wspólną scenę taneczną.
A ja, szczerze mówiąc, nie oglądam zbyt wielu filmów z mamą – nie wiem, po prostu dziwnie mi patrzeć, jak „gra”. Przecież to moja mama, a tam… no, jest dziwna.
Sam taniec był superniezdarny, ale mama zachowała się jak prawdziwa wojowniczka – wszystko wytrzymała. Po tej rozmowie pomyślałam: „Muszę zobaczyć tę scenę”. Obejrzałam i śmiałam się do łez, bo oboje wyglądali po prostu przekomicznie.
Gerardzie, mówiłeś już o fizyczności tej roli, ale także o przechodzeniu przez wielkie emocjonalne głębie. Ciekawi mnie, jak do tego doszedłeś i jak potem udało ci się to wszystko odpuścić?
GERARD BUTLER: Dla mnie to było emocjonalnie trudne doświadczenie i jestem bardzo wdzięczny Deanowi, dzięki temu, jak skonstruował scenariusz, miałem możliwość głębiej odkryć Stoicka.
W formacie live-action można było lepiej pokazać wrażliwość postaci, jej wewnętrzne pęknięcie. On kocha syna do szaleństwa, wie, jak dowodzić plemieniem, ale nie potrafi rozmawiać z własnym dzieckiem. Widać, że sam zmaga się z tym, kim jest.
Nie będę kłamał, było mi bardzo ciężko. Kostium był niesamowicie ciężki. Spędzałem godziny w charakteryzacji, w tym stroju, a potem od razu wchodziłem w emocjonalną scenę. To naprawdę było wyzwanie. Sam nie wiem, jak w ogóle to wytrzymałem.
W trakcie zdjęć moja mama bardzo poważnie chorowała. Byłem wtedy w Belfaście, ale często wracałem na weekendy do domu, żeby ją zobaczyć. To był bardzo trudny czas i, co dziwne, wszystko to dało mi jeszcze więcej emocji do roli Stoicka.
Odeszła niedługo po zakończeniu zdjęć. Chcę podziękować Deanowi – na końcu filmu dodał dedykację dla mojej mamy. Kiedy niedawno oglądałem film, widziałem siebie na ekranie, ale jednocześnie jakby nie siebie. Miałem wrażenie, że widzę moją mamę. Ten wizerunek, który udało mi się stworzyć dzięki kostiumowi i roli, częściowo stał się obrazem mamy.
Im dłużej trwały zdjęcia, tym bardziej stawałem się Stoickiem. Wracałem do domu i mówiłem: „Nie dotykajcie mnie”. Robiłem się milczący, wyczerpany. A zaraz po zdjęciach od razu pojechałem na wakacje – musiałem jakoś zrzucić z siebie cały ten ciężar.
Ale nie zrozumcie mnie źle – zdjęcia były wspaniałe. Tylko że moim największym odkryciem była ta głębia i ból człowieka, który trzyma się resztkami sił. Moje ulubione sceny to te z tym młodym aktorem, niesamowicie utalentowanym. Bo cały ciężar spoczywa jakby na barkach Stoicka – musi wszystko dźwigać, udawać siłę, wygłaszać pełne patosu przemowy.
A tak naprawdę jest rozbity, ledwo się trzyma. I dopiero pod koniec wreszcie się rozluźnia, zdejmuje maskę. To było niezwykle mocne. Ale też bardzo emocjonalne i wyczerpujące.
Wasz film łamie serce, bo pokazuje więź między ojcem a synem. I właśnie w tym tkwi jego piękno. Czy pamiętasz jakiś moment z dzieciństwa, w którym bardzo zależało ci na aprobacie rodziców? Gdy wszystko, czego chciałeś, to żeby cię zauważyli i pochwalili?
GERARD BUTLER: Wiecie, co ciekawe, grając Stoicka, najbardziej utożsamiałem się tak naprawdę z Czkawką. Bo ja przecież studiowałem prawo i to była moja „epoka wikingów”. Otaczali mnie inni prawnicy-wikingowie, którzy od razu dawali mi do zrozumienia: „Ty nie jesteś jednym z nas”.
Byłem fatalnym prawnikiem i bardzo nieszczęśliwym człowiekiem. Ale w głębi duszy czułem, że jest we mnie coś wyjątkowego. Choć jednocześnie miałem ogromną presję ze strony rodziny — wszyscy byli zachwyceni: „O Boże, nasz syn będzie prawnikiem!”.
A wszystko, czego chciałem, to uszczęśliwić mamę. Bo ojca nie miałem. Mama była dla mnie i matką, i ojcem, tak jak Stoick dla Czkawki. Ale w końcu mnie zwolnili. Wikingowie powiedzieli: „Nie jesteś z naszego plemienia, jesteś do niczego” i to bardzo przypomina to, co dzieje się z Czkawką.
To był koszmar. Musiałem jeszcze tej samej nocy zadzwonić do mamy i powiedzieć: „Mamo, przez lata wierzyłaś, że zostanę prawnikiem. Ale właśnie mnie zwolnili”. Chyba byłem pierwszym prawnikiem w Szkocji, którego wyrzucili z pracy.
Myślałem, że mnie zabije. Ale zamiast tego przysłała mi list, w którym napisała: „Jestem z ciebie dumna, dopóki robisz to, w co wierzysz”.
Właśnie o tym jest ten film. Z pozoru opowiada o sile, o męskości, ale tak naprawdę o czymś przeciwnym. O tym, jak ważne jest odpuścić, pozwolić swojej wyjątkowości się ujawnić. O przywództwie, które polega na umiejętności zejścia na bok i okazania współczucia innym.
I na koniec – Masonie, a jaka jest twoja historia?
MASON THAMES: Wiecie, mój tata to najważniejsza osoba w moim życiu. Był i nadal jest najlepszym ojcem na świecie. I bardzo chciałbym, żeby jeśli kiedyś sam zostanę tatą, udało mi się być chociaż w połowie takim jak on.
On bardzo kocha futbol. Grał, gdy był młodszy i chciał, żebym ja też grał. No to powiedziałem: „Dobrze, spróbujmy”. Choć nie jestem pewien, czy naprawdę tego chciałem. Zacząłem grać i szło mi całkiem nieźle, ale ostatnie cztery mecze przesiedziałem na ławce.
Pamiętam, jak tata podszedł i mówi: „Co się dzieje? Pogadaj z trenerem. Dlaczego nie grasz?” A ja na to: „Nie wiem, trener powiedział, żebym usiadł”. Więc tata mówi: „Dobrze, sam z nim pogadam”.
Poszliśmy razem, porozmawialiśmy z trenerem, wróciliśmy do domu, a mama pyta: „No i co się stało?” A tata mówi: „Chcesz wiedzieć, to sama zapytaj Masona”. Mama znowu: „No to co się wydarzyło?” A ja: „To ja sam poprosiłem, żeby mnie posadził na ławce”. To taki typowy moment w stylu Czkawki.
Pamiętam też, że grałem na pozycji receivera (zawodnika, który ma łapać podania – przyp. red.) i miałem kryć jakiegoś wielkiego gościa. On na pewno nie był w moim wieku – wyglądał na jakieś 33 lata i miał z 190 cm wzrostu. A ja byłem malutki i w sumie nadal jestem.