1954 rok. William Lee (Daniel Craig), 40-letni amerykański emigrant i narkoman, żyje jako otwarty gej w Meksyku. Ubiera się jak dżentelmen i zawsze nosi przy sobie pistolet w kaburze. Dni spędza w lokalnej kawiarni w towarzystwie innych amerykańskich gejów, którzy osiedlili się w mieście. Nocą Lee jest wygłodniały jak wilk — szuka przypadkowych chłopaków, z którymi spędzi noc w motelowym pokoju, a których nigdy więcej nie zobaczy.
Pewnego razu poznaje Eugena Allertona (Drew Starkey) – młodszego od siebie, pewnego siebie i eleganckiego mężczyznę i od razu nim się fascynuje. Zebrawszy odwagę, Lee stopniowo nawiązuje z Allertonem przyjaźń, która wkrótce przeradza się w romans. Jednak Lee pragnie czegoś więcej: chce znaleźć sposób, by połączyć się z nim telepatycznie.
„Queer”, oparty na niedokończonej powieści Williama S. Burroughsa, to tragiczna przypowieść o więzi i pragnieniu. To także najbardziej pomysłowe i świadome dzieło Luki Guadagnino, reżysera „Tamte dni, tamte noce” i „Challengers”. Specjalnie dla Skvot Mag Natalia Serebryakova wzięła udział w panelu dyskusyjnym z twórcami i aktorami Queer i porozmawiała z nimi o pracy nad filmem.
Film nadal można zobaczyć w wybranych kinach, a już od dzisiaj również online na VOD (E-Kino Pod Baranami i Mojeekino.pl).
Luca, pracujesz z pomysłami, które mogą istnieć tylko w kinie. Jak stworzyłeś queerową estetykę i atmosferę w filmie?
Luca Guadagnino: Powiedziałbym, że to było przede wszystkim podejście formalne. Gdy tylko przeczytałem książkę Burroughsa – to było 35 lat temu – od razu chciałem nakręcić film na jej podstawie. W pierwszym szkicu scenariusza, który napisałem, gdy miałem 20 lat, miałem instynktowne przeczucie, że wszystko powinno się rozgrywać w pewnego rodzaju „przestrzeni umysłu” Williama Burroughsa.
To znaczy, chciałem, aby akcja rozgrywała się nie w rzeczywistych miejscach, ale w odtworzonym świecie Burroughsa – Meksyku, Ameryce Południowej, Ekwadorze. Więc moim pierwszym pomysłem było użycie środków filmowych – scenografii, miniatur, malowanych krajobrazów – aby podkreślić podróż Williama Lee i Eugene'a Allertona w poszukiwaniu miłości i wzajemnego zrozumienia.

Danielu, pamiętasz, kiedy po raz pierwszy przeczytałeś „Queer”? Czy William Burroughs jest jednym z Twoich ulubionych autorów?
Daniel Craig: Nie był jednym z moich ulubionych pisarzy. Znałem jego twórczość, ponieważ wiele lat temu czytałem „Junkie”, ale szczerze mówiąc, nigdy nie dotknąłem niczego innego od niego. Po prostu nie był częścią mojego literackiego świata.
Pierwszy raz przeczytałem Queer, kiedy Luca i ja zaczęliśmy rozmawiać o tym projekcie. Potem zagłębiłem się w jego twórczość i zakochałem się w niej. Kiedy pracujesz nad filmem, zawsze robisz dużo researchu, a w tym procesie nie da się nie zostać fanem osoby, o której kręcisz film. Więc na początku nie byłem fanem Burroughsa, ale naprawdę podobało mi się odkrywanie go.
Drew, kiedy pierwszy raz przeczytałeś powieść? I jak Ci się pracowało z Danielem?
Drew Starkey: Jak wyglądała praca z Danielem? Czy mamy 30 minut, żeby to omówić? :)
Znałem twórczość Burroughsa. Zawsze interesowało mnie pokolenie beatników (nieformalny awangardowy ruch literacko-kulturowy, propagujący idee anarchistycznego indywidualizmu, nonkonformizmu i swobody twórczej, który powstał w latach 50. XX w. w USA – przyp. red.), ale bardziej ciągnęło mnie do Jacka Kerouaca i Allena Ginsberga.
W liceum kolega dał mi „Junkie”. Przerzucałem strony, udając, że wszystko rozumiem – znałem slang, ogólny kontekst, ale to było maksimum, co wiedziałem o Burroughsie.
A potem poznałem Lucę. Myślę, że Daniel wykonał świetną robotę, oddając świat, który Burroughs stworzył w filmie. Więc teraz mogę powiedzieć, że zostałem największym fanem Burroughsa i Daniela.
Luca, co było najtrudniejsze w adaptacji powieści Burroughsa?
Luca Guadagnino: Miałem szczęście, że trafiłem na Justin Kuritzkesa, świetnego partnera do pisania. Dałem mu książkę, gdy pracowaliśmy nad Challengers, co miało miejsce w maju 2022 roku. Natychmiast zaczęliśmy rozmawiać o jej wpływie i zgodziliśmy się, że adaptacja tak kultowej i niedokończonej powieści nie była wyzwaniem, ale szansą.
Nie nazwałbym tego trudnością, raczej ambicją. Adaptacja niedokończonego dzieła, praca z tak wybitnym aktorem jak Daniel, zebranie tej niesamowitej obsady, stworzenie skomplikowanych scenografii – to wszystko było ogromną przygodą.
Kiedy tworzysz tak wrażliwą i emocjonalnie złożoną historię, zawsze istnieje ryzyko, że aktorstwo wyjdzie na napięte. Ale tym razem było inaczej — eksplorowaliśmy głębię emocji z ogromną przyjemnością.
Danielu, jak przygotowywałeś się do tej trudnej roli – psychicznie i fizycznie? Czy Twoje doświadczenie w poprzednich rolach pomogło ci w kreowaniu wizerunku Williama?
Daniel Craig: Podchodzę do tej roli tak samo, jak do każdej innej. Moim zadaniem jest zrozumienie głosu postaci, jej wewnętrznego świata.
Czytałem, zrobiłem wiele badań. Ale na końcu wychodzisz i po prostu grasz. Wtedy wszystko zaczyna się składać w całość.
Wiele zależy od partnera w scenie. Atmosfera dnia zdjęciowego, nastrój – wszystko to wpływa na wynik. Mam nadzieję, że wszystkie badania, które podświadomie przeprowadziłem, pomogły mi w aktorstwie.
Dynamika między mną a Drew w filmie była kluczowa. Nie mogłem się do tego wcześniej przygotować, nie mogłem przewidzieć, jak to się potoczy.
Jeśli chodzi o wpływ poprzednich ról: tak, myślę, że każda z moich poprzednich ról wpływa na to, co robię teraz. Zawsze jest to część większej podróży.

Drew, to samo pytanie do Ciebie. Jak przygotowywałeś się do roli psychicznie i fizycznie?
Drew Starkey: To było wspaniałe doświadczenie. Mieliśmy kilka miesięcy na przygotowanie, co nie zdarza się zbyt często. Miałem około czterech miesięcy, aby ten materiał wsiąknął, aby odbyć otwarte rozmowy z Lucą i Justinem.
Potem mieliśmy spotkać się z resztą obsady w Nowym Jorku, czytać scenariusz przy stole i dyskutować na temat świata, który mieliśmy stworzyć.
Innym ważnym elementem była fizyczna transformacja – trochę schudłem, chciałem, aby moja postać miała sylwetkę, która do niej pasowała. Wizerunek Allertona musiał być charakterystyczny dla tej epoki.
To był ciekawy proces. Wiele przygotowań skupiało się na aspektach zewnętrznych – głosie, chodzie, postawie. Ale prawdziwa magia wydarzyła się, gdy dotarliśmy do Rzymu. Tam, gdy zaczęliśmy pracować z naszym fantastycznym działem rekwizytów, z niesamowitym Jonathanem Andersonem, wszystko w końcu się połączyło.
Pamiętam moment, w którym włożyłem garnitur i poczułem: oto kim jestem. Wtedy wszystko stało się na swoim miejscu. Chociaż spędziłem miesiące na przygotowaniach, prawdziwa transformacja nastąpiła na planie – tam wszystko połączyło się w jeden spójny obraz.
W jaki sposób film nawiązuje do tradycji i ducha kultury beatników?
Luca Guadagnino: Kiedy pierwszy raz przeczytałem książkę, otworzyła mi się nie tylko na świat Burroughsa, ale także na rytm jego pisarstwa. Jako nastolatek, podobnie jak wielu innych, przeszedłem swego rodzaju chrzest przez beatników.
Ich styl zawsze na mnie wpływał. Beat generation wiedziało, jak łączyć szczere emocje z formalnie odważnymi, a nawet radykalnymi technikami literackimi. Od Ginsberga do Kerouaca i Burroughsa, bawili się słowami w taki sposób, że stworzyli własny kanon.
Wraz z tym był kontekst powojenny, protest przeciwko tradycyjnym wartościom moralnym. A jednocześnie dylematy moralne samych beatników. Prowokowali społeczeństwo, prowokowali samych siebie.
Dużo myśleliśmy o tym, jak przenieść tego ducha do filmu. Od scenografii i kostiumów po muzykę, wszystko musiało być ruchome, istnieć poza czasem, a nie w konkretnej epoce. Dlatego celowo użyliśmy muzyki, która przekraczała jedno pokolenie. Połączyliśmy rytmy tamtych lat z czymś, co brzmi ponadczasowo, jak Nirvana.
Pomysł podróży halucynogennych, sceny ayahuaski — pracowaliśmy z CGI, aby przekazać to jako doświadczenie wykraczające poza ekran. Chcieliśmy, aby był to moment pokoleniowy, a nie tylko zabieg stylistyczny. Ostatecznie ten film nie polega na odtwarzaniu przeszłości, ale na przekazaniu jej energii dzisiaj.

Daniel, jakie znaczenie ma dla Ciebie cisza jako narzędzie aktorskie? Co symbolizują chwile ciszy w Queer?
Daniel Craig: Nie myślę o tym za dużo. Wiem, jak ważna jest cisza. Wszystko zależy od reżysera, od jego odwagi lub wiary w aktora, kiedy decyduje: „Tutaj możesz być cicho”. Luca wierzył we mnie, ponieważ pozwolił mi być cicho na ekranie.
Jeśli chodzi o to, jak wypełniam tę przestrzeń, staram się o tym za dużo nie myśleć. Ponieważ gdy tylko zaczynasz o tym myśleć, moment jakby sam się unieważnia. Nagle staje się zbyt przejmujący lub zbyt ważny. I to jest w pewnym sensie wróg aktorstwa: gdy tylko zaczynasz analizować, jak to wygląda, jak się to czuje, moment traci swoją naturalność.
W filmie jest scena, w której Lee bierze heroinę. Jest rozciągnięta, długa, cicha. Jest świetna muzyka, ale nie ma słów. Próbowałem po prostu zrelaksować umysł przed kręceniem i zobaczyć, co się stanie. Bo jeśli za dużo myślisz, możesz zepsuć moment.
Luca Guadagnino: Chcę coś dodać. Daniel jest aktorem wyrzeźbionym z celuloidu w niezwykły sposób. Od kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy w Love Is the Devil: Szkic do portretu Francisa Bacona, oczarował mnie. I tylko tacy ikoniczni aktorzy potrafią zachować moc milczenia na ekranie.
Kiedy kręciliśmy scenę z heroiną, pracowaliśmy z młodym mężczyzną, który kiedyś był narkomanem, ale na szczęście już nie jest. Doradzał nam, jak sprawić, by wszystko wyglądało wiarygodnie, nawet najmniejsze szczegóły, jak napełnienie strzykawki wodą.
Ale to nie wszystko. Po szkoleniu technicznym musisz po prostu poddać się chwili. Pamiętam, jak siedziałem obok tego mężczyzny i patrzyłem na Daniela. To był bardzo intymny moment, w którym można było obserwować kogoś, kto robił coś ważnego, pozostając niewidzialnym.
Po tej scenie byłem bardzo szczęśliwy i wzruszony. Odwróciłem się do naszego konsultanta i zobaczyłem, że płakał. Myślę, że to było dla niego coś w rodzaju intensywnej kondensacji doświadczeń życiowych.
Drew, jakie było dla Ciebie największe wyzwanie w tej roli?
Drew Starkey: Allerton niewiele mówi, a dla aktora przyzwyczajonego do pracy z tekstem jest to zupełnie nowy poziom złożoności.
Zrozumiałem, że cisza to nie tylko brak słów. To ma znaczenie. W rozmowach z Luką szukaliśmy szczegółów zachowań, które mogłyby zastąpić dialog. Ponieważ czasami uncja zachowania waży więcej niż funt słów.
W pierwszym tygodniu kręcenia miałem wrażenie, że prawie nic nie robię. Ale potem nauczyłem się po prostu być obecnym w chwili i pozwolić rzeczom dziać się ze mną. Zwłaszcza gdy pracowałem z Danielem. Obserwowanie go było bezcennym doświadczeniem.
Z jednej strony w mojej postaci było stłumione pragnienie mówienia. Ale on nie mógł na to pozwolić. I to stworzyło napięcie, które napędzało scenę.

Film został w większości nakręcony w Cinecittà Studios we Włoszech. Jakie były zalety kręcenia właśnie tam? Jak bliskie są Twoje związki z włoską społecznością filmową?
Luca Guadagnino: Dla mnie to był trochę powrót do domu. Po dwóch amerykańskich projektach z rzędu to był pierwszy film, który nakręciłem w Rzymie.
Filmowanie w Cinecittà było czymś wyjątkowym. To było studio, w którym pracowali Federico Fellini i William Wyler. Było coś wspaniałego w podążaniu ich śladami. Nie mogliśmy dostać się do legendarnego pawilonu nr 5, w którym pracował Fellini, ponieważ zajmowali go koledzy. Ale spotkaliśmy Ralpha Fiennesa w kostiumie księdza – surrealistyczny moment.
Jeśli chodzi o moje więzi z włoską społecznością filmową, są one bardzo silne. Wielu moich najlepszych przyjaciół to włoscy reżyserzy, aktorzy, producenci. Ale ważne jest również, że mamy międzynarodowy zespół: brytyjski, amerykański, tajski, argentyński. To właśnie lubię w filmowaniu – staram się łączyć różne kultury, aby stworzyć coś wyjątkowego.