Projektowanie powojennej Ameryki, powstanie Izraela, PTSD. „Brutalista" obejmuje 33 lata z życia architekta László Tótha, który znalazł schronienie przed Holokaustem w Stanach Zjednoczonych. Nie jest tam mile widziany, ale po latach porażek László w końcu dostaje szansę.
Amerykański milioner zatrudnia architekta do zaprojektowania budynku jego życia – monumentalnego centrum publicznego. To opowieść o wielu obliczach władzy i jej niezdolności do złamania ludzkiego ducha.
Wyłącznie dla Skvot Mag, krytyczka filmowa Natalia Serebriakowa rozmawiała z ekipą filmu: reżyserem Bradym Corbetem, aktorem Adrienem Brodym i kompozytorem Danielem Blumbergiem.
Film jest już w kinach, a w ostatni weekend na gali oscarowej został nagrodzony trzema statuetkami Oscara. Odpowiedzi na najbardziej nurtujące pytania, dotyczące tej produkcji, znajdziecie w wywiadzie dla Skvot Mag.
Główny bohater „Brutalisty” ucieka przed faszyzmem, by zmierzyć się z kapitalizmem. XX wiek i brutalizm – który być może mówi o czymś znacznie większym niż architektura – stały się waszymi głównymi źródłami inspiracji. Dlaczego właśnie historia?
Brady Corbet: Biografie i relacje historyczne z ważnych wydarzeń są często zbyt linearne: sprowadzają się do przyczyny i skutku, zamiast czegoś bardziej amorficznego. Kiedy kręciłem film „Dzieciństwo wodza" (historia o formowaniu się przyszłego dyktatora – przyp. red.), badałem otaczającą tyranię. Kto jest odpowiedzialny za to, jak ten chłopiec dorastał? Matka? Ojciec? Nauczyciel? Ksiądz? A może niania? Kto jest winny ukształtowaniu tego młodego człowieka?
Ten film jest również o tym, jak Ameryka nieumyślnie przyczyniła się do wzrostu faszyzmu, który ogarnął świat w latach 30. i 40. XX wieku. Dla mnie kręcenie filmu to sposób na wyrażenie czegoś, czego nie da się przekazać poprzez biografię czy wspomnienia. Nawet wspomnienia, gdy zaczyna się je pisać, zamieniają się w fikcję. Więc dla mnie to sposób na przekazanie odczucia historii. To tradycja m.in. Luchino Viscontiego czy Larysy Szepitko. Lista jest długa.
Bardzo interesuje mnie XX wiek, a mój następny film również dotknie znaczących wydarzeń tego okresu. To dlatego, że chcę zrozumieć, jak doszliśmy do miejsca, w którym jesteśmy teraz i ciągle myślę o tym, jak wypełnić świecką pustkę stworzoną przez upadek Zachodu.
Myślę, że bardzo niewielu ludzi jest zadowolonych z tego, jak działa dzisiejszy świat. Często słyszę Amerykanów mówiących o opuszczeniu kraju po ostatnich wyborach. Ale zawsze pytam: „Dokąd pójdziecie?” We Francji — Marine Le Pen, w Brazylii — Bolsonaro. Nie ma bezpiecznego miejsca. To problem globalny, a nie kryzys narodowy.
Co brutalizm mówi o swoich czasach i o tym, jak myśleli ludzie w tamtym okresie?
Brady Corbet: W Ameryce Południowej i Środkowej brutalizm manifestował się o wiele atrakcyjniej niż w USA, na północnym wschodzie czy, oczywiście, w Europie Środkowej i Wschodniej. Myślę, że brutalizm symbolizuje postęp. To symbol doświadczenia imigrantów, ponieważ te budynki, podobnie jak ci, którzy wyemigrowali z zagranicy, były po prostu niezrozumiane. Wielu nadal ich nie rozumie. To jeden z najbardziej kontrowersyjnych stylów architektonicznych na świecie.

Podczas pierwszej kadencji Trumpa pojawiła się inicjatywa o nazwie „Przywracanie piękna budynkom federalnym”. Jej istotą było zburzenie całej brutalistycznej architektury w Waszyngtonie. To po prostu oszałamiające. Nie sądzę, by Trump w ogóle wiedział, kim był Albert Speer (zbrodniarz wojenny, główny architekt Hitlera – przyp. red.) lub co reprezentował, ale wydaje się, że kontynuuje jego dzieło.
Rok 2024 to rok bezprecedensowego antysemityzmu. Słyszałam pogłoski, że niektórzy producenci filmowi byli nawet proszeni o usunięcie odniesień do Izraela lub judaizmu. Czy miałeś jakiekolwiek wątpliwości co do wydania filmu o żydowskim architekcie właśnie teraz?
Brady Corbet: Trudno jest teraz kręcić filmy o czymkolwiek. Wszystko jest tematem drażliwym. To mnie martwi i frustruje, ponieważ jeśli nie stworzymy środowiska, w którym można bezpiecznie popełniać błędy – nawet w takim wywiadzie – to nie będziemy mogli swobodnie eksplorować idei.
Nikt nie chce już prowadzić znaczących rozmów z obawy, że mogłoby to zakończyć ich karierę. Tak czują się zarówno dziennikarze, jak i artyści. Dlatego nie kręcę filmów propagandowych. W moich pracach nie ma ukrytych przesłań – niczego „za” ani „przeciw”. To filmy historyczne, które badają, jak doszliśmy do tego momentu.
Antysemityzm, islamofobia – wszystko to narasta. To poważny kryzys. Ale najgorsze, co możemy zrobić, to przestać kręcić filmy o ważnych sprawach. To byłaby śmierć kultury.
Prawdziwy László Tóth był słynnym węgierskim szachistą. Inny prawdziwy László Tóth był urodzonym na Węgrzech Australijczykiem, który uszkodził Pietę Michała Anioła. Dlaczego główny bohater „Brutalisty” nosi jego imię?
Brady Corbet: Zabawne, ale częściowo kręciliśmy w kamieniołomie, w którym Michał Anioł rzeźbił Pietę. Ale to totalny przypadek – rodzaj sebaldowskiego zbiegu okoliczności (W.G. Sebald – niemiecki prozaik, poeta i eseista – przyp. red.).
László Tóth jest jak węgierski odpowiednik Johna Smitha. Oznacza to każdego Tótha, każdego László. Wybraliśmy więc imię, które wydawało się najbardziej neutralne i niewinne.
Czym różni się rola Adriena Brody'ego w „Brutaliście” od jego roli w „Pianiście”? Jakie podobieństwa i różnice dostrzegłeś między tymi postaciami jako reżyser?
Brady Corbet: Kiedy Adrien i ja usiedliśmy, żeby omówić tę rolę, od razu zauważył słonia w pokoju (z ang. „elephant in the room”: oczywisty problem, o którym się nie mówi – przyp. red.). Jego przygotowania do „Pianisty” obejmowały lata badań i rozmów z ocalałymi z Holokaustu. To doświadczenie głęboko go ukształtowało i, w pewnym sensie, doprowadziło go tutaj 20 lat później. Miał dwadzieścia kilka lat, kiedy kręcił „Pianistę” – teraz ma pięćdziesiąt. To tak, jakby to wrosło mu w kości.

Adrien Brody w „Pianiście”
Nie to było moim głównym powodem obsadzenia go, ale ze względu na jego pochodzenie i fakt, że jego matka uciekła z Węgier podczas rewolucji 1956 roku, wiedziałem: to „ten gość”. Mieliśmy inne plany obsadowe, kiedy przygotowywaliśmy się w 2020 roku. Ale kiedy przyszedł Adrien, wszystko wskoczyło na swoje miejsce. Był jedyną osobą do tej roli.
Guya (Pearce’a) poznałem tylko przelotnie. Ale Felicity (Jones) znam od czasów, gdy byliśmy nastolatkami. Nawet raz prawie zagraliśmy razem w filmie. Już wtedy imponowała mi jej pewność siebie. Jest niesamowicie ugruntowana, samowystarczalna, a jednocześnie jest prawdziwą pragmatyczką – to mój ulubiony typ artysty.
Ważne jest dla mnie, aby pracować z ludźmi, którzy rozumieją materiał. Nie interesuje mnie współpraca z tymi, którymi trzeba manipulować, aby uzyskać występ. I myślę, że Felicity, Adrien, Guy, Joe Alwyn, Alessandro Nivola i inni mieli coś wspólnego. Mieli głębokie filozoficzne zrozumienie materiału i solidne odniesienia historyczne.
Na przykład dziadek Alessandro Nivoli był wybitnym rzeźbiarzem, który pracował u boku Marcela Breuera i architektów połowy wieku w północno-wschodnich Stanach Zjednoczonych. Więc w pewien sposób czułem, że film „wybrał” sobie ludzi sam.
W wieku 19 lat zagrałeś w „Funny Games” Michaela Hanekego. Czy to doświadczenie wpłynęło na to, jak postrzegasz naturę zła?
Brady Corbet: Michaela poznałem po raz pierwszy, gdy miałem 13 lat, na pokazie „Kod nieznany”. Kochałem jego filmy na długo przed tym, jak z nim pracowałem. To było dość zabawne, bo obaj podzielaliśmy wzajemny podziw dla „Niepokojów wychowanka Törlessa” – powieści Roberta Musila. Młody Törless stał się główną inspiracją dla „Dzieciństwa wodza”. Był także punktem odniesienia dla „Białej wstążki” Hanekego.
Myślę, że Michael i ja postrzegamy świat mniej więcej w ten sam sposób. Jest jednym z nielicznych reżyserów, z którymi utrzymuję kontakt, mimo że pracowałem z nim jako nastolatek. Ale do naszej pracy podchodzimy bardzo różnie. On jest dogmatyczny – bez muzyki, bez ścieżek dźwiękowych. Podczas gdy ja skłaniam się bardziej ku stylowi Davida Lyncha. Pociągają nas te same idee, chociaż omawiamy je w zupełnie inny sposób.
Koncepcja „amerykańskiego snu” odgrywa kluczową rolę w „Brutaliście”. Jak Twoje postrzeganie tego pomysłu ewoluowało na przestrzeni lat?
Adrien Brody: Ze wszystkim, co się wydarzyło – wliczając katastrofalne wydarzenia, takie jak COVID – świat stał się o wiele bardziej skomplikowany i konkurencyjny. Można by pomyśleć, że postęp technologiczny uprościłby sprawy: więcej filmów, więcej treści. Ale potem są media społecznościowe, gdzie tak wielu ludzi walczy o uwagę.
Zanim przeprowadziłem się do Los Angeles w wieku 19 lat, nie zdawałem sobie nawet sprawy, jak wiele osób próbuje zostać aktorami, tak jak ja. Jeszcze trudniej jest tym, którzy są zmuszeni opuścić swoje domy i zacząć od nowa w nowej kulturze. To właśnie najbardziej rezonuje ze mną w „Brutaliście” – doświadczenie imigracji i ostry kontrast między „amerykańskim snem” a rzeczywistością.
Jesteś synem imigrantów. Jak bardzo osobisty jest dla Ciebie ten film?
Adrien Brody: Niesamowicie osobisty. Pociągają mnie filmy, które ukazują walkę, niesprawiedliwość i kwestie społecznej odpowiedzialności. Dla mnie taka praca jest najbardziej znacząca i wartościowa jako aktora.
Moja matka uciekła z Węgier w 1956 roku. Jest artystką – a konkretnie fotografką. Widziałem, jak jej praca odzwierciedlała złożoność tego doświadczenia. Okropności wojny i walka o przetrwanie odcisnęły głębokie piętno na niej i jej sztuce. To silnie rezonuje z podróżą László w filmie. Moje osobiste powiązanie z tym doświadczeniem stało się więc punktem wyjścia do budowania postaci.

Co było dla Ciebie najbardziej wymagające w próbach? I jak udało Ci się stworzyć tak autentyczny wschodnioeuropejski akcent?
Adrien Brody: Najtrudniejsze było to, że prawie nie mieliśmy prób. Mieliśmy bardzo mało czasu i ograniczone zasoby, więc nie pamiętam zbyt wiele z okresu prób. Na szczęście Brady Corbet to wspaniała, komunikatywna i inteligentna osoba. Dużo rozmawialiśmy o filmie. Jego podejście do opowiadania historii i sam scenariusz były naprawdę mocne.
Jeśli chodzi o akcent, to zdecydowanie było to wyzwanie. Węgierski akcent jest bardzo specyficzny i ważne było uchwycenie niuansów tamtego okresu i tego, jak chciałem, żeby László brzmiał. Czerpałem ze wspomnień głosu mojego dziadka. Pracowaliśmy z trenerem dialektu, mieliśmy mnóstwo materiałów do badań i włożyłem w to dużo wysiłku. Ale wiedziałem też, że mam wewnętrzny punkt odniesienia, który pomógł mi uzyskać właściwy akcent.
Jak zakochałeś się w aktorstwie i jaka część tej miłości przejawia się w László Tóth?
Adrien Brody: Zawdzięczam to całkowicie mojej matce. Jest najczystszą artystką, jaką znam. Kiedy byłem bardzo młody, fotografowała Amerykańską Akademię Sztuk Dramatycznych. Zobaczyła tam dzieciaki ćwiczące aktorstwo i powiedziała: „To jest to, co robisz każdego dnia i to kochasz”. Coś wtedy kliknęło we mnie – nie jako wybór kariery, ale jako czysta miłość do aktorstwa.

Fotografie autorstwa Sylvii Plachy, matki Adriena Brody’ego. Źródło: nytimes.com
To była długa podróż, ale wciąż jestem głęboko zakochany w tym procesie i bardziej mu oddany niż kiedykolwiek. Może nawet bardziej teraz, bo gram w teatrze. Występuję osiem razy w tygodniu. I dzięki wspólnemu doświadczeniu tworzenia „Brutalisty” czuję się naprawdę odnowiony w moim rzemiośle. Tak jak László dąży do pozostawienia po sobie śladu i tak jak robi to moja matka, ja również chcę zostawić po sobie dzieło, które mnie przeżyje. Coś, co nie jest jednorazowe, nie tylko rozrywka na chwilę, ale coś, co zostaje z tobą – jak wspaniała książka, obraz czy dzieło architektury.
Daniel, jak stworzyłeś motyw László Tótha – jakie emocje i instrumenty ukształtowały ścieżkę dźwiękową?
Daniel Blumberg: Dużo myślałem o fortepianie, kiedy czytałem scenariusz. To było preparowane fortepiano – to znaczy, że manipulowałem strunami za pomocą śrub, papieru i innych przedmiotów, więc kiedy młoteczki uderzały w struny, wytwarzało to dźwięki perkusyjne.
W motywie László znalazło się melancholijne wykonanie fortepianowe Johna Tilbury. Komponując ścieżkę dźwiękową, połączyłem poczucie optymizmu (szczególnie w scenie otwierającej) z instrumentami dętymi blaszanymi. Później rozwinąłem ten motyw w motyw dla Erzsébet, ale początkowe nuty wywodzą się z motywu László. Chodziło o to, żeby ścieżka dźwiękowa mogła podążać w różnych kierunkach – i to nam się bardzo podobało.
Czy pracowałeś nad ścieżką dźwiękową podczas procesu montażu – może coś poprawiałeś lub nagrywałeś ponownie?
Daniel Blumberg: Tak, byłem zaangażowany w cały proces. W okresie przygotowawczym razem z Bradym, na planie i poza nim. Pierwszego dnia zdjęć pracowaliśmy nad sceną jazzową i sprowadziłem muzyków, aby grali na żywo na planie. Stworzyłem również utwory, których Brady chciał użyć bezpośrednio podczas zdjęć. Na przykład uwertura została sfilmowana do mojej muzyki, ale to było tylko demo.
Podczas postprodukcji ciągle wymienialiśmy się pomysłami. Brady używał moich nagrań demo do montażu, a ja pracowałem nad nimi z muzykami. Po zakończeniu montażu nagrałem główne sesje z wszystkimi muzykami. Nawet praca nad dźwiękiem była wspólnym wysiłkiem.
Jak udało Ci się przekazać poczucie niepokoju poprzez muzykę?
Daniel Blumberg: Ten projekt obejmuje szeroki wachlarz emocji. Muzyka musiała odzwierciedlać różne epoki – od lat 40. i 50. do lat 80. XX wieku. Były też sceny, które głęboko eksplorowały relacje – bardzo intymną więź László z jego pracą i żoną, Erzsébet.
Film ma romantyczny, a nawet erotyczny charakter, szczególnie w scenach seksu. Pracowałem również nad muzyką do sceny nabożeństwa Jom Kipur, w której pojawia się żydowska modlitwa, którą śpiewałem co roku z moim ojcem.
Kiedy akcja przenosi się do lat 80., przechodzimy do syntezatorów, pozostawiając za sobą świat akustyczny. Innym aspektem, który omawialiśmy, był dźwięk konstrukcji – jak postęp budowy konstrukcji miałby się odzwierciedlać w muzyce. Chcieliśmy przekazać uczucie budowania czegoś – zarówno emocjonalnie, jak i fizycznie.